Gdy myślę o Hurts, przychodzą mi na myśl słowa: tajemniczość, smutek, emocje. Klimat, stworzony na płytach Exile i Happiness bardzo mi odpowiadał. Tym bardziej długo nie mogłam pogodzić się z myślą, że najnowsze dzieło Theo i Adama jest albumem stricte tanecznym. Mając w pamięci utwór nagrany niegdyś z Calvinem Harrisem obawiałam się wyniku tego eksperymentu. Z drugiej strony jednak zżerała mnie ciekawość, jak panowie poradzą sobie w odmiennych dla siebie warunkach. Bo przecież wszyscy potrzebujemy od czasu do czasu zmian… Inaczej, byłoby nudno.
Świat jest dziwny. Z jednej strony szukamy czegoś innego, ambitnego lecz z drugiej największe komercyjne sukcesy odnoszą kompozycje, o których za rok czy dwa w ogóle nie będziemy pamiętać. Panowie z Hurts doskonale rozumieją. Nie poszli w ślady Lany Del Rey, której Honeymoon jest powtórką z rozrywki z jej poprzednich wydawnictw. Theo i Adam uznali, że fajnie byłoby nagrać coś odmiennego. Wszak cały 2015 rok naszpikowany jest propozycjami wręcz szokującymi pod względem artystycznym. Zespoły, wokaliści, wokalistki… ci wszyscy poszli w zaskakującym kierunku. Jednym to wychodzi, drugim nie bardzo. Na szczęście jednak tych pierwszych jest o wiele więcej.
Do tej grupy możemy zaliczyć również Hurts. Jaskółką zapowiadającą zmiany był wydany w zeszłym roku singiel Calvina Harrisa, Under Control. O ile bit tego Szkota był chwilami dość tandetny, o tyle mroczny wokal Theo nadawał kompozycji smaczku. Wydaje się, że właśnie od tego momentu zaczęto myśleć o całokształcie Surrender. Nie jest to jednak w całości płyta taneczna, jak się mówi o wydawnictwie. Chwilami jest nostalgicznie, smutno lecz to wszystko jest owinięte dość dużą dawką elektroniki. Zapewniam Was, na żadnym wcześniejszym ich krążku nie było jej więcej niż tutaj. Jedni z Was powiedzą zapewne, że upadli poprzez ten krok, że jest źle i woleliście „stare” Hurts. Dla mnie jest to próba trafienia do większej grupy odbiorców, z resztą udana.
Każda z kompozycji na płycie ma w sobie coś, co sprawia, że jeszcze na chwilę chcemy wrócić do danego utworu. Na pewno najwięcej takich momentów znajdziemy w kawałku Nothing Will Be Bigger Than Us. Jest on doskonale sformułowany dla komercyjnego odbiorcy, więc naprawdę nie zdziwię się gdyby to właśnie ta kompozycja została następnym singlem. Z początku pomyślałabym, że jest to coś od słynnych Depeszy, lecz po dłuższym słuchaniu można się przekonać, że Theo i Adam zostawili swój znak rozpoznawczy. Kolejnym bardzo radiowym kawałkiem jest Why. Jest taką łagodniejszą i „starszą” siostrą Under Control, gdyż produkcją przypomina bardziej szalony przełom 80’s i 90’s. Kolejnym powrotem do dawnych czasów jest Kaleidoscope, które też do pewnego momentu zawróciło mi w głowie. Zaś tytułowe Surrender jest najlepszym i najciekawszym interlude’m, jakim słyszałam do tej pory. Te kilkadziesiąt sekund to uwolnienie zamkniętej gdzieś radości…
Przejdźmy może na chwilkę do utworów singlowych. Some Kind of Heaven wśród tej piątki jest najsłabszym wyborem, ale rozumiem motywację przy jego wyborze. Duet chciał w ten sposób udowodnić, że mimo zmian widocznych na płycie nadal jest to samo Hurts, które pokochaliśmy. Czy można pokochać nowe? Nie? To zapraszam do odsłuchu Rolling Stone, które jest jednym z najjaśniejszych punktów na krążku. Bridge zawarty w tym numerze przez długi czas nie pozwoli Wam wyjść z głowy. Ciekawy jest również Slow, głównie przez słowa refrenu, których interpretacja bardzo zapadła mi pamięć. Do tego momentu… że sama zaczęłam to sobie nucić:
I just want to love you,
I just want to hold you close,
What you’re doing here is murder,
When you whip your body slow
Z kolei Lights lekko przypomina najnowszą twórczość Prince’a, zawartą na Hit’n’Run (chociaż nasuwa mi się też skojarzenie z Månsem Zelmerlöwem). Nie mówię, że wyszło tragicznie lecz przystawiając to do reszty kawałków zawartych na Surrender można odnieść wrażenie, że jest odklejony od rzeczywistości. Kompletnie tu nic nie pasuje. Nie wyobrażam sobie również panów śpiewających ballady. Mamy chociażby Wish, pogodne i pełne nadziei, tak jak Story In My Life pewnego boysbandu. Jest też Wings, które przypomina jeden (ale inny!) z singli z poprzedniej płyty One Direction, chociaż z podobną manierą, którą często posługuje się Robbie Williams. Bardzo możliwe, że do Wish, która jest przecież ładną kompozycją się kiedyś przekonam, lecz na dzień dzisiejszy nie mogę tego przełknąć.
I wish, I wish
That I told you then
What I realise now
And I wish, I wish
That I told you when
You were still around
Prawdziwa przygoda rozpoczyna się z trzema utworami na edycji deluxe. Gorąco zachęcam do nabycia akurat tej wersji, gdyż to właśnie tutaj znajdziemy największe smaczki jak Weight of The World, gdzie słyszymy Theo z falsetem oraz Policewoman, które chwilami przypominał słynną ściemniarę z piosenki do jednego z polskich filmów lub bardziej – poprzedniczkę duetu pt. Stay. O ile kilka akapitów wcześniej pisałam, że nie wyobrażam sobie Hurts w takiej prawdziwej, komercyjnej balladzie, o tyle to właśnie ta ostatnia pozycja zmusza mnie do zmiany zdania. Fakt, dostajemy jedną z wielu kompozycji, które słyszeliśmy na poprzednich krążkach… jednak to właśnie taka wersja mnie przekonuje bardziej niż Wish.
Rok 2015 co prawda przechodzi już powoli do historii, wszak pozostały tylko dwa miesiące. Ale już dzisiaj mogę powiedzieć, że miałam zaszczyt przesłuchać jedną z najlepszych tegorocznych płyt. Miażdży wręcz poziomem produkcyjnym dotychczasowych konkurentów. Kilka miesięcy temu nabyłam bilet na jeden z ich polskich koncertów, tak trochę w ciemno. Dziś nie żałuję, gdyż po zapoznaniu się z materiałem, który zostanie zaprezentowany w Poznaniu i Warszawie mogę śmiało stwierdzić, że będzie to widowisko, jakiego Polska nie widziała.



