Hilary Duff – Breathe In. Breathe Out. (2015), recenzja Piotra Krajewskiego

Hilary Duff wydała nowy album. Promował go teledysk będący reklamą Tindera. Co dalej? Sprawdźcie, Piotrek zrecenzował dla Was to wydawnictwo!

Była gwiazda Disneya zniknęła ze świata muzyki na blisko dekadę. Od czasów ostatniej płyty Dignity wiele się zmieniło w jej życiu. Artystka, kojarzona  głównie z karierą aktorską, a nie z muzyką – doświadczyła prawdziwego dorosłego życia. Stopniowa zmiana wizerunku, pierwsze poważne związki, małżeństwo, narodziny syna i rozwód. Tak wyglądały ostatnie lata dawnej dziecięcej gwiazdy. The wait is over. Spragnieni nowości fani Amerykanki w końcu doczekali się jej oficjalnego muzycznego powrotu. Wdech, wydech, wdech, wydech. Jak Hilary poradziła sobie po tak długiej przerwie?

Przygotowania do wydania Breathe In. Breathe Out. rozpoczęły się już blisko rok temu, kiedy to artystka zaprezentowała światu dwa nowe utwory: Chasing The Sun oraz All About You. Będące jednak jedynie poprawnymi i nieco banalnymi propozycjami, piosenki nie zyskały większego rozgłosu i przeszły prawie niezauważenie na listach przebojów. Ba, utwory nie znalazły się nawet na standardowej i rozszerzonej wersji albumu (dostępne jednak w specjalnej, kolekcjonerskiej edycji). Były one natomiast pewnymi sygnałami ze strony artystki, które mogły pomóc fanom zorientować się, co jej w duszy gra i skąd czerpie inspiracje do nowego krążka. Sama artystka w wielu wywiadach podkreślała, że pasjonują ją obecnie lekkie i emocjonalne folkowe piosenki
z repertuaru amerykańskich zespołów: The Lumineers oraz Mumford & Sons.

Płyta jest wyraźnie podzielona na dwie części, co można zauważyć słuchając jej od początku do końca. Najpierw mamy do czynienia z kompozycjami szybszymi, mogącymi zawitać na klubowe parkiety. Ostatnie kilkanaście minut albumu to już ukłon w stronę utworów spokojniejszych, bardziej melancholijnych, gdzie dźwięki gitary przedzierają się nieco śmielej przez gęstą produkcję. Pozostając w obszarze produkcji albumu, przyznać trzeba, że czuwała nad nią rzesza znanych producentów i autorów tekstów (m.in. Matthew Koma, Bloodshy & Avant, Tove Lo). Swoją pracę wykonali prawidłowo. Od strony produkcyjnej płyta prezentuje się dobrze. Wyraźnie słychać, że dźwięki są dopracowane, selektywne, klarowne i przede wszystkim czyste. Tak właśnie powinien brzmieć popowy album.

Utwór otwierający album i jednocześnie pierwszy oficjalny singiel Sparks to przykład świetnie zrealizowanej piosenki. Spełnia ona wszystkie wymogi idealnego popowego dzieła, które ma szansę na sukces. Stworzone idealnie do radia, z bardzo chwytliwym, prostym refrenem. Niestety, aktualne listy przebojów nie dają szans utworowi. Słaba promocja i brak wsparcia ze strony radia powodują, że Sparks najprawdopodobniej zniknie w tłumie. Okazja na prawdziwy przebój umyka. To wielka szkoda, gdyż Bloodshy & Avant i Tove Lo odwalili kawał dobrej roboty.

Poprawna produkcja to jednak nie wszystko. Album nie oferuje słuchaczom niczego nowego, ani spektakularnego na dzisiejsze standardy. Brzmi on często nadzwyczaj bezpiecznie, a niektóre dźwięki przypominają wcześniejsze dokonania innych artystów. Mając na uwadze długą przerwę muzyczną Hilary, można sądzić, że artystka nie chciała podjąć zbyt dużego ryzyka i stworzyła zwyczajnie poprawny i zachowawczy krążek. Powstało dzieło, które może spodobać się niewymagającym słuchaczom, inni mogą jednak zauważyć odtwórczą i nieco oklepaną już dzisiaj stronę albumu.

Poza wcześniej wspomnianym Sparks, reszta klubowych utworów zupełnie do mnie nie przemawia. Słucha ich się dosyć ciężko i bez większej przyjemności, są jednak na tyle chwytliwe, że z łatwością można je nucić po jednorazowym przesłuchaniu. Mowa o My Kind, One In A Million i w szczególności Confetti – utwór z gatunku EDM, niewarty zapamiętania i brzmiący, jak tania kopia Clarity z repertuaru rosyjsko-niemieckiego DJ-a Zedda.

Na płycie znajdziemy również jeden duet. W piosence Night Like This Hilary śpiewa wspólnie z Kendall Schmidt’em, znanym szerzej fanom zespołu Big Time Rush. To przyjemny, ale zarazem bezbarwny utwór, który wpada w ucho, ale jeszcze szybciej z niego wypada. Duet, choć najprawdopodobniej bardzo przypadkowy, brzmi całkiem nieźle – za sprawą ciekawego współbrzmienia wokali.

Album skrywa jednak też coś dobrego. Pozytywnym zaskoczeniem okazał się utwór tytułowy, charakteryzujący się intymnym charakterem. Ta bardzo nastrojowa, melancholijnie brzmiąca kompozycja byłaby świetną propozycją na jesienny singiel. Łatwo uzależnia.

Nie mam oporów przyznać, że to spokojna, bardziej folkowa część płyty przypadła mi dużo bardziej do gustu. Słucha się jej o wiele przyjemniej. Obecność auto-tune nie razi już tak bardzo i nie przekracza dozwolonej dawki, jak w przypadku klubowej strony Breathe In. Breathe Out. Poznając utwór Belong i słysząc pięknie grające banjo w tle, utwierdziłem się tylko w przekonaniu, że album ten brzmiałby o niebo lepiej, jako spójne folkowo-popowe dzieło, bez powtarzalnych i miałkich piosenek w klubowym klimacie. Odczuwa się brak obecności kawałka All About You, pominiętego w trakcie ustalania finalnej tracklisty, a który wpasowałby się dobrze w wspomnianą stronę krążka.

Najlepszym utworem na płycie okazało się Tattoo. Piosenka jest wspólnym dziełem artystki i Eda Sheerana, którego wpływ słychać zarówno w tekście, sposobie śpiewania, jak i melodii. Brytyjczyk posiada nieprzeciętną zdolność do tworzenia ładnych i nieskomplikowanych kompozycji, które od razu zapadają w pamięć. Tak jest również w tym przypadku. Tattoo urzeka swoją prostą melodią, klimatem i świetnie wyeksponowanym wokalem Hilary, brzmiącym naprawdę dobrze. Choć wokalistka nie została obdarzona fenomenalnym głosem, to spokojniejsze utwory służą jej słodkiej i grzecznej barwie.

Albumowi Breathe In. Breathe Out. jest daleko do płytowego ideału. Długa muzyczna pauza w życiu Hilary Duff nie przeszkodziła jej jednak w stworzeniu popowego dzieła na tyle dobrego i solidnego, że stęsknionym fanom artystki płyta przypadnie do gustu. Różnorodność muzyczna krążka zwiększa szanse na liczniejsze audytorium. Obawiam się jednak, że bogactwo tych rozmaitych dźwięków będzie jednocześnie przekleństwem najnowszego wydawnictwa Amerykanki. Obnaża ono bowiem niepewność artystki, jeżeli chodzi o muzyczną drogę. W którą stronę powinna pójść wokalistka? Przewidywalnie mainstreamową czy nastrojową i folkową? Proponuję Hilary skorzystać z tytułowego rozkazu i wziąć kilka głębokich wdechów oraz wydechów. Może pomogą podjąć decyzję.

Czytaj również