Heroes Get Remembered – No Mirrors, No Friends (2016), recenzja Dominiki Mrówczyńskiej

Debiutancki krążek zespołu Heroes Get Remembered zatytułowany Lies odbił się szerokim echem wśród polskiej muzyki rockowej. Może nawet nie stricte rockowej, co z pogranicza rocka i punku. Na kolejny album musieliśmy poczekać ponad 2 lata. No Mirrors, No Friends ujrzał światło dzienne w pierwszy dzień wiosny. Jednak z wiosną płyta ta ma niewiele wspólnego, a muzyka punkowa zginęła wśród brzmień melodyjnego, czasem progresywnego grania.

Pierwsze dźwięki drugiego krążka warszawskiego trio to utwór Escape. Na pierwszy plan wysuwa się w nim gitara (na czele z solówkami!), a zaraz potem możemy usłyszeć, wbrew pozorom, delikatny wokal. Ktokolwiek miał do czynienia z pierwszą płytą Heroes Get Remembered od razu zauważy różnicę jaka zaszła w muzyce zespołu. Bardzo dobrze robią tej piosence momenty spokoju, które idealnie budują nastrój utworu. Nothing rozpoczynają wyraźne, spokojne dźwięki gitary i hipnotyzujący wokal. Jednak po 1,5 minuty zespół przypomniał już o swojej punkowej sile. Numer 3 albumu No Mirrors, No Friends nosi intrygujący tytuł Stardust. I dokładnie z tym gwiezdnym pyłem można go utożsamić. Melodyjna gitara, rytmiczna perkusja i zrównoważony wokal uspokajają tempo płyty po lekko ostrzejszym Nothing.

Odgłosy ruchu ulicznego – odjeżdżające metro, przejeżdżające samochody, stukanie obcasów, śmiech, szum wiatru …i gitara. To wszystko czym jest utwór Fade Away. I szczerze mówiąc, nie potrzeba nic więcej, żeby stworzyć we własnej wyobraźni obraz teledysku do tego niespełna dwuminutowego utworu, który płynnie przechodzi w singlowe Mother of Men. Nie wiem co jest w tej piosence aż takiego, ale w tej melodyjności można zakochać się od pierwszych dźwięków. Utwór o nieco pesymistycznym, jednak bardzo dobrym tekście. Słuchając tej kompozycji dosłownie pływa się w jej dźwiękach. Water wita nas rytmicznym riffem, który mniej więcej w połowie tych 6 minut zmienia swoje brzmienie w lekko nieznośną gitarę, co uważam za nieszczególnie dobry moment płyty. Aczkolwiek Heroes Get Remembered znów pokazują tu tą „silniejszą” i bardziej punkową stronę.

Tytułowy, dwuminutowy kawałek nie pozwala zbyt długo nacieszyć się „starszą” wersją zespołu. Po raz kolejny na płycie pojawiają się odgłosy szumu wiatru, burzy, któremu wyraz nadają pojedyncze dźwięki elektroniki. Nawiasem mówiąc – idealny utwór na rozpoczęcie koncertu. No Mirrors, No Friends od razu przechodzi w najdłuższą (prawie 8 minutową!) kompozycję. King of the Light wprowadza słuchacza w jeszcze bardziej pesymistyczny i depresyjny nastrój. Wydaje mi się jedynie, że lepiej brzmiałby, gdyby został wykonany przez osobę z mocniejszym wokalem. Kompozycja w połowie staje się spokojniejsza, by po niecałej minucie zamienić się w bardzo dobry moment instrumentalu. Missing Person jest idealny na drugi singiel No Mirrors, No Friends. Kompozycja względnie prosta, jednak w tej prostocie kryje się wpadająca w ucho melodyjność. Lost, ostatni utwór na płycie, zostawia u słuchacza przekonanie, że cały album, nie jest już tą samą muzyką, jaka pojawiła się spod rąk Heroes Get Remembered kilka lat temu. Wyrazista perkusja i ta gitara, która w refrenach brzmi niemal jak w U2.

Muzyczna zmiana, jaką pokazał zespół wydając drugi krążek, jest zdecydowanie na plus. Lies było płytą prezentującą siłę muzyki rockowej, w dosłownym tego słowa znaczeniu. Dzięki No Mirrors, No Friends możemy usłyszeć, że niepotrzebne jest punkowe szaleństwo, aby stworzyć naprawdę wartościowy i przede wszystkim dojrzały album.

Czytaj również