Hardline – Human Nature (2016), recenzja Marty Muśko

0
200

Każde odkrycie muzyczne często podsyca w nas chęć poznania innowacyjnych brzmień, bądź przeciwnie – wywołuje sentymenty do dawnych, ponadczasowych melodii i chęć zaznania ich na nowo. Zespół Hardline postanowili celebrować swoje 25-lecie za pomocą piątej płyty, nawiązującej do ich niedocenionego debiutu. Podzielili się przemyśleniami dotyczącymi tajemniczej, ludzkiej natury wyrażonymi w jedenastu rockowych kompozycjach.

Jaka przeszkoda nie do przejścia stanęła na drodze zespołu, który mimo posiadania potencjalnych czynników na sukces i repertuaru na miarę przebojów Bon Jovi, czy Europe – nie wywalczył należytej pozycji w branży muzycznej? Odpowiedź okazuje się dość prosta – rok 1992. Melodyjny rock przechodził na przedwczesną emeryturę, a takie kapele jak Hardline i FireHouse zaliczyły nieszczęśliwy falstart, ustępując miejsca na scenie Nirvanie – głównemu reprezentantowi grunge’u. Złe miejsce, niewłaściwy czas spowodował, że po wydaniu debiutanckiego albumu Double Eclipse, nagraniu zaledwie dwóch teledysków, w tym nowo-odkrytych i nałogowo słuchanych przeze mnie Hot Cherie oraz Takin’ Me Down, panowie usunęli się w cień na okres długiej dekady. Powrócili z nieco zredukowanym włosem i z większą ilością odzienia, jednak z nieutraconym talentem i zapałem do tworzenia, wykorzystanym w najlepszy możliwy sposób.

null

https://www.youtube.com/watch?v=0DPdifFNA1Q

Z piąta płytą Human Nature, zespół świętuje dwudziestą piątą rocznicę debiutu. Właściwie JEGO debiutu, bowiem Johnny Gioeli, lider i wokalista, jako jedyny przetrwał z Hardline wszystkie wzloty i upadki od samego początku. Na szczęście spotkał świetnych kompanów, którzy dziś znaleźli się u jego boku, by w składzie Alessandro Del Vecchio (Rated X, Resurrection Kings) za klawiszami, producent i gitarzysta Josh Ramos (The Storm), basistka Anna Portalupi (Tarja) oraz perkusista Francesco Jovino (Primal Fear, Jorn), wspólnie stworzyć jedenaście numerów w duchu lat osiemdziesiątych. Początkowe zapowiedzi donosiły, że inspiracją nad nowym materiał zespół postanowił czerpać i nieco naśladować dźwięk Double Eclipse, co stanowiło wysoką poprzeczką do przebrnięcia. Po fakcie dokonanym mogę przyznać, że prawie im się to udało. Metalowa krawędź jest dziś zdecydowanie ostrzejsza w takich utworach jak The World Is Falling Down, In The Dead Of The Night, czy singlowym Where We Will We Go From Here. Sekcja rytmiczna stała się głębsza, a riffy mocniejsze, przez co brzmienie wydaje się surowsze. Momentami można jednak odczuć monotonię, czego nie da się zarzucić debiutanckiej płycie. Nowe refreny z trudem zapadają w pamięć, jednak ostatecznie głos Gioeli’ego rekompensuje pozornie błahe niedociągnięcia. Pozostając przy wokalu ciężko nie stronić od porównań, który w swoich spokojniejszych momentach może kojarzyć się z Jonem Bon Jovi, zaś wyładowanie emocji następuje w iście skidrowskim stylu Sebastiana Bacha. Posiadacza niespotykanego równoważnika między tak odległymi barwami można uznać za prawdziwy unikat wśród wokalistów.

Emocjonalna liryka towarzyszy tytułowemu Human Nature oraz Take You Home wykonanym przy delikatnym akompaniamencie pianina. Jeszcze przy poprzednich wydawnictwach, Hardline dali słuchaczom do zrozumienia, że ballady nie znajdują się na ich liście priorytetowych zadań. Nie oznacza to jednak, że nie są zdolni do wzruszeń. O ile w poprzednich kompozycjach było dość współcześnie, reszta brzmi zupełnie ponadczasowo. Fighting the Battle, Trapped in Muddy Waters i dwójka moich bezkonkurencyjnych faworytów – melodyjne Where The North Wind Blows oraz Running On Empty przypominają mi estetykę największych rockowych hitów z lat 80. Dziś wiele legend rocka mogłoby uczyć się wytrwałości i konsekwentności od niedocenianych kolegów z Hardline.