Piątek 1 lutego był prawdziwą gratką dla fanów cięższej muzyki – w Warszawie wystąpiła grupa Architects, wspierana przez znakomite zespoły Polaris oraz Beartooth.
Wydanym w listopadzie zeszłego roku albumem Holy Hell brytyjska grupa metalcore’owa Architects ugruntowała swoją pozycję wśród liderów tego gatunku. Płyta zebrała świetne recenzje krytyków, pokochali ją również fani. Koncert zespołu w warszawskim klubie Stodoła, który mieści w swojej dużej sali ponad 2000 osób, był prawie wyprzedany – na bramce można było kupić ostatnie sztuki biletów.
Drzwi klubu otworzyły się (podobno) o godzinie 18:30. Pomimo grzecznego ustawienia się w kolejce już o 18:00, na wejście czekałam ponad godzinę. Kiedy udało mi się wreszcie wejść do środka i zostawić kurtkę w szatni, koncert zespołu Polaris już trwał. Jest to o tyle ciekawe, że według początkowych planów koncert Polaris miał rozpocząć się 15 minut (!) po otwarciu drzwi. Dzięki interwencji fanów grafik został zmieniony, a Australijczycy nie musieli grać do pustej sali. Całe szczęście, ponieważ zespół miał świetną energię i zdecydowanie wprowadził publiczność w odpowiedni nastrój.
Nigdy wcześniej nie miałam okazji zobaczyć na żywo Beartooth, istniejącej od 2012 roku grupy pod przewodnictwem niesamowicie charyzmatycznego Caleba Shomo. Panowie również mają na swoim koncie niedawno wydany album, Disease – utwory z tej płyty dominowały na setliście, a tytułowa piosenka zamykała seta. Podczas występu Beartooth w klubie zaczynało się już robić naprawdę ciasno, a mosh pit na środku parkietu błyskawicznie się rozrastał. Zespół na żywo brzmiał o wiele lepiej i bardziej intrygująco, niż na studyjnych nagraniach!
Na występ Architects czekałam na miękkich nogach i z mocno bijącym sercem. Płyta Holy Hell, muzycznie twór prawie doskonały, niezwykle mnie poruszyła – jest ona swoistym hołdem dla zmarłego gitarzysty grupy, Toma Searle, a jednocześnie pierwszym wydawnictwem Architects nagranym bez jego bezpośredniego udziału. Muszę przyznać, że moje oczekiwania zostały zmiecione z powierzchni ziemi już po pierwszym utworze, Death Is Not Defeat. Zgromadzony w Stodole tłum po prostu oszalał, a ja po dwóch lub trzech piosenkach postanowiłam przemieścić się na tył sali, aby skupić się na muzyce, a nie walce o utrzymanie się na nogach.
Setlista była świetnie ułożona – utwory z najnowszej płyty muzycy przeplatali starszymi, czasem nieco ostrzejszymi kompozycjami zachęcającymi do moshowego szaleństwa (Gravedigger, Naysayer). Dobremu nagłośnieniu towarzyszyła znakomita oprawa świetlna oraz efekty pirotechniczne. Wokalista Sam Carter udowodnił, że nie bez powodu nazywany jest jednym z najlepszych artystów w tym gatunku muzycznym. Aż siedemnaście niesamowicie wymagających wokalnie utworów wykonał pozornie bez wysiłku.
Nastrój zmienił się nieco podczas utworów bisowych. Pierwszym z nich był Gone With The Wind, napisany przez Toma Searle i wyrażający poczucie beznadziei towarzyszące mu podczas końcowych etapów walki z rakiem. Kiedy cała publiczność zaczęła skandować imię Toma, nie mogłam już dłużej powstrzymywać łez. Płynęły one również przez całe Doomsday, pierwszy utwór zespołu wydany po śmierci Toma, opowiadający o kruchości ludzkiego życia (nawiasem mówiąc mój ulubiony utwór zespołu).
Chociaż koncertowy rok dopiero się rozpoczął, już wiem, że występ Architects znajdzie się na liście najlepszych koncertów 2019. Świetnie dobrane supporty, wyważona setlista, znakomita atmosfera i porządna dawka emocji – wszystkie te elementy złożyły się na naprawdę satysfakcjonujący wieczór.


