Udział w występach dinozaurów rocka jest dla mnie zawsze bardzo ciekawym przeżyciem. Nie tylko ze względu na sam zespół, ale też oglądającą go widownię. Składa się ona zazwyczaj z ludzi w średnim wieku. Osób, których spotkanych na ulicy nie posądziłbym o to, że za kilka godzin wykonają pod sceną klubu headbanging i zagrają wraz z gitarzystą solówkę na swojej niewidzialnej, powietrznej gitarze. Nie inaczej było wczoraj w czasie show brytyjskiej grupy UFO. Przy znakomitych hard rockowych dźwiękach, upust swoim emocjom dali ludzie, dla których zagrane przez kapelę utwory były hymnami młodości.
Lecz zanim na scenie pojawiła się gwiazda wieczoru, swój występ zaprezentowali muzycy z polskiej grupy Crowd. Co bardzo fajne, support został wybrany w drodze konkursu, dlatego teoretycznie każda młoda kapela mogła ubiegać się o ten angaż. Niestety do klubu nie dotarłem na czas i całego koncertu Polaków nie obejrzałem. Wysłuchałem jedynie końcówki ich ostatniego utworu, więc ciężko mi rzetelnie ocenić całość, ale za to załapałem się na sweet focię z widownią, którą kapela zrobiła tuż po wykonanym show.
Punktualnie o godzinie 21:10, w trakcie odgrywanego z głośników intra opartego na rytmie grzechotki, na estradzie pojawił się obecny skład UFO. Piszę obecny, bo z pierwotnego pozostał już tylko wokalista Phil Mogg. Zaczęli od Mother May, „otwieracza” każdego koncertu obecnej trasy, która promuje ich najnowszy, dwudziesty drugi studyjny album zatytułowany A Conspiracy of Stars (w czasie krakowskiego występu zaprezentowali dwa utwory z tej płyty – Run Boy Run oraz The Killing Kind).
Nagłośnienie w trakcie grania pierwszych trzech, czterech kompozycji niestety nie powalało. Wokal Phila był niesłyszalny, a gitara rytmiczna ustawiona była głośniej, niż wiosło prowadzące, przez co świetne solówki Vinnie’ego Moore’a były bardzo słabo słyszalne. Na szczęście dźwiękowiec poszedł po rozum do głowy i po pewnym czasie uregulował poziomy hebli na konsolecie. Ogólnie całe show wydawało mi się… ciche. W czasie występów klubowych przyzwyczajony jestem do nadmiaru decybeli, a wczoraj po wyjściu z klubu nie miałem efektu przytkanych uszu. Ba, stojąc jakieś 15 metrów od sceny nie byłem w stanie dosłyszeć, co mówił frontman UFO w trakcie przerw między utworami. Inna kwestia, że usilnie przeszkadzali mi w tym trzej panowie, napojeni brunatnym trunkiem, którzy każdą chwilę ciszy wykorzystywali do wykrzyczenia bliżej mi nieokreślonych zwrotów.
Muzycy uraczyli nas zestawem kultowych hard rockowych kompozycji, dlatego w setliście nie zabrakło takich kawałków jak Venus, Burn Your House Down, czy monumentalnej, ponad 10 minutowej wersji Rock Bottom, z kapitalną, środkową częścią instrumentalną, w trakcie której gitarzysta grupy popisał się genialną, bardzo melodyjną solówką, używając do jej wykonania chyba wszystkich możliwych technik gitarowych.
Po zejściu ze sceny gromkie brawa zmusiły muzyków do powrotu na nią. W końcu nie odegrali oni swojego największego hitu Doctor Doctor, na który przecież wszyscy czekali. Gdy Vinnie wydobył ze swojej gitary charakterystyczne dźwięki wstępu do tego legendarnego utworu, w klubie zapanowała euforia. Wierzcie mi, stojący obok mnie, na oko czterdziestopięcioletni facet, gdy usłyszał wstęp do tej kompozycji, zapiszczał jak czternastoletnia dziewczyna widząca Jareda Leto. UFO zagrało jeszcze Shoot Shoot i po uniesieniu swoich instrumentów do góry, po raz ostatni zeszło ze sceny.
Forma Phila w czasie wczorajszego występu była dobra, ale nie rewelacyjna. Jego wokal sprawiał wrażenie nieco słabego, stłamszonego. Wiadomo, ze facet młodzieńcze lata ma już daleko za sobą, ale przesłuchując na Youtube koncertowe nagrania, nawet sprzed kilku lat, słychać, że coś było nie tak. Inna sprawa, że często trzymał mikrofon zbyt daleko od swych ust, przez co jego głos nie był należycie słyszalny. Lecz tak jak już wspominałem – nagłośnienie ogólnie pozostawiało wiele do życzenia. Zrozumienie wyśpiewywanych przez frontmana słów było bardzo trudne. Jednak wymachiwanie przez niego statywem na mikrofon, tak, jak robił to jeszcze w latach 70., zrekompensowało mi niewielkie muzyczne niedociągnięcia. Ponadto Vinnie łapał świetny kontakt z publicznością, nie inaczej było też w przypadku grającego na basie Roba De Luca, czy samego Mogga. Jednak ten ostatni sprawiał wrażenie osoby, która niekoniecznie zwracała uwagę na otaczającą go rzeczywistość. Funkcjonował on w swoim własnym świecie.


