Green Day – ¡Tré! (2012), recenzja Filipa Wiącka

I jest – ostatnia część trylogii Green Daya. Jeśli nasze polskie sklepy nie są w tym przypadku tak opóźnione jak z Lotus Christiny Aguilery czy Glassheart Leony Lewis (nadal tego nie ma w sklepach!), to już teraz możecie pójść do Empiku czy Media Markt i zaopatrzyć się w album. Ale czy warto? Po nieco nudnym i przewidywalnym ¡Dos! lepiej się upewnić, co chłopaki nam tym razem zmalowali.

Po wybuchu Billiego Joe na koncercie iHeartRadio (padłem, gdy to zobaczyłem), zespół potwierdził, że wokalista potrzebuje pomocy. Mike Drint, basista grupy, tak to skomentował:

Jasne, że to niefortunny moment, ale zdrowie Billiego Joe jest dla nas najważniejsze. Z radością informujemy, że Billie ma się lepiej i chcielibyśmy podziękować Wam za wsparcie oraz miłe słowa. Nie możemy się doczekać, kiedy znów się z Wami zobaczymy.

W zamian za odwołanie koncertów zespół przyspieszył wydanie ¡Tre!. Przyznam szczerze, że mnie to ucieszyło. Zanim krążek ujrzał światło dzienne, znałem jeden utwór z tu zawartych – zamykające album The Forgotten. Kawałek został zawarty na soundtracku do czwartej części Zmierzchu (ale żeby nie było – nie oglądałem tego filmu) oraz w jednym odcinku serialu CSI: Kryminalne zagadki Nowego Jorku (w tym samym odcinku zostały też użyte m.in. Kill the DJ czy Stop When the Red Lights Flash). Muszę przyznać, że kawałek zrobił na mnie bardzo dobre wrażenie. Może nie pobił mojego ukochanego Boulevard of Broken Dreams, ale na płycie ¡Tre! to właśnie ten numer świeci największym blaskiem. Jest zupełnie niepodobny do pozostałych od zespołu. Pierwszy raz pierwszych skrzypiec nie grają bębny czy gitary. Zastąpiło je pianino. Oczywiście słychać także inne instrumenty, ale klawisze wyraźnie spychają je w tło. Billie brzmi bardzo dobrze. Emocjonalnie, po prostu pięknie. Czego chcieć więcej?

Bałem się trochę, że żaden z pozostałych numerów nie zbliży się do The Forgotten. Na szczęście były to nieuzasadnione lęki. Z każdym przesłuchaniem coraz bardziej doceniam dwie piosenki – Brutal Love oraz Drama Queen. Szczególnie ta druga zrobiła na mnie dobre wrażenie. Dawno żaden utwór tak pozytywnie na mnie nie działał. Przy Drama Queen po prostu się uśmiecham i zaczynam bujać się w rytm muzyki. Piosenka jest akustyczna. Główną rolę odgrywa tu rzecz jasna gitara akustyczna. Mam tylko jedno zastrzeżenie – dlaczego pojawiająca się pod koniec solówka jest taka krótka? Nieco mniej podoba mi się Brutal Love. Kawałek z powodzeniem mógłby się znaleźć na ¡Dos!. Nie, nie jest nudny. Chodzi mi o te wszystkie zapowiedzi, że album miał być niby rock and rollowy, garażowy itp. A tymczasem w te kryteria najlepiej wpisuje się właśnie Brutal Love. Duży plus za to, że kojarzy mi się z latami sześćdziesiątymi (zwłaszcza z The Beatles).

Każda z opisanych już przeze mnie piosenek jest zupełnie inna i ciekawa. Pozostałe kawałki nie grzeszą już taką różnorodnością, nie znaczy to jednak, że zasypiamy z nudów. Raczej obudzimy się po ¡Dos!. Bardzo podoba mi się kawałek Dirty Rotten Bastards. Nie wiem jak Wy, ale ja tu słyszę nawiązania do American Idiot, które już chyba na zawsze zostanie zapamiętane jako najbardziej ambitny krążek grupy (swoją drogą ¡Tre! depcze mu po piętach). Znalazły się na nim takie utwory jak Jesus of Suburbia czy Homecoming – czyli rock opery, obie po dziewięć minut. Składają się z kilku mniejszych piosenek. Podobny „zabieg” został zastosowany tutaj. Może Dirty Rotten Bastards to nie drugie Jesus of Suburbia, ale stąd już niedaleka droga. Podobają mi się te wszystkie spowolnienia, po chwili mocniejsze uderzenia.

Pozostałych kawałków również się przyjemnie słucha. Stanowią miłą odskocznię od radiowych hitów i zarazem rozrywkę na nieco wyższym poziomie. Na pewno warto zwrócić uwagę na Sex, Drugs & Violence. A konkretniej na krótki fragment, w którym nie śpiewa Billie a Mike. Brzmi całkiem nieźle. Trochę zawodzi Walk Away. Zaczyna się spokojnie, niemal balladowo, po chwili jednak wchodzą gitary i perkusja. Nie mam ku temu nic przeciwko, ale przez to kawałek stał się zbyt zwyczajny. Niczym ciekawym się nie wyróżnia. Jakby dla rehabilitacji pojawiają się zaraz obok kawałki takie jak 99 Revolutions czy Amanda. Szybko wpadają w ucho i zacierają tamte nie najlepsze wrażenie.

Jedno się jednak nie zmieniło – teksty. Tak jak na poprzednich płytach, tak i na tej, średnio mi się podobają i niewiele wnoszą. Są, bo są i tyle. Sporo tu o miłości. Czyli w sumie można powiedzieć, że lirycznie ¡Tre! to ¡Dos! numero dos. Podoba mi się właściwie tylko tekst do Little Boy Named Train. Trudno w sumie powiedzieć dlaczego. Jest trochę zabawny:

Serious people are funny to me Funny people seem so serious (PL: Poważni ludzie są dla mnie śmieszni Śmieszni ludzie wydają się być tacy poważni); I’m always lost and nothing will change Give me directions and I’ll get lost again (PL: Jestem zawsze zagubiony i to się nie zmieni Daj mi wskazówki i zagubię się znów).

http://www.youtube.com/watch?v=7cEWS2WGg4Y

¡Tre! to niewątpliwie najlepsza z trzech części trylogii. ¡Uno! lubię, choć jest w niej coś dziecinnego, nijakiego; ¡Dos! mimo kilku dobrych kawałków mnie nudzi. A ¡Tre! to takie jakby best of tych dwóch albumów poszerzone o nowe, ciekawsze muzycznie horyzonty (The Forgotten, Dirty Rotten Bastards). Jestem na tak.

green day tre

Czytaj również