Site icon All About Music

Green Day – Revolution Radio (2016), recenzja Michała Szuma

Era ¡Uno!¡Dos! i ¡Tré! oficjalnie przeszła do historii, a każdy taki koniec stanowi nowy początek. Tym razem Green Day wchodzi w erę Revolution Radio – nowego wydawnictwa z pop-punkowym sznytem. Zadziorność? Drapieżność? Surowość? Werdykt: trzy razy tak, choć bywa i kojąco.

Młodość przemija. Rock’n’roll jest wieczny.

Gdy wydajesz swoją dwunastą płytę naturalnym jest, że pewne patenty z poprzednich krążków siłą rzeczy będą się na niej powtarzać. I jest to jak najbardziej naturalne, bo ludzie bardzo lubią to, co już kiedyś słyszeli. Trzeba jednak rozgraniczyć dwie rzeczy: chamskie odgrzewanie kotleta i nadawanie świeżości starym ideom. To pierwsze opiera się na odcinaniu kuponów od starych koncepcji, przez co każda płyta w dyskografii (począwszy od tych pierwszych, będących fundamentem sukcesu danej grupy) brzmi identycznie, a to jest zwyczajnie nudne.

Druga droga, czyli ta którą podążyli Billie Joe Armstrong i spółka, to nieco bardziej wyrafinowana forma powrotu, polegająca na przywołaniu dawnych wspomnień. I bynajmniej nie chodzi o trylogię z 2012 roku, a o te nieco odleglejsze wydawnictwa: American Idiot, 21st Century Breakdown, a momentami także Dookie i Warning. Cały krążek Revolution Radio to właśnie taki swoisty album ze zdjęciami z pierwszej komunii Antka, wesela wujka Władka i cioci Krysi czy pierwszego rodzinnego wypadu w Karkonosze.

Ogląda (a właściwie słucha) się to bardzo przyjemnie, a skojarzenia pojawiają się już od samego początku. Zróżnicowana struktura Somwhere Now od razu przywołuje na myśl wydawnictwo z 2009 roku, Outlaws to już rok 2004, natomiast Bouncing Off the Wall silnie nawiązuje do brzmień z końcówki XX wieku. Oczywiście są to tylko subiektywne odczucia, ale przyznajcie – coś w tym jest, prawda?

Jakby tego było mało: zespół w swych podróżach poszedł o krok dalej i w niektórych fragmentach czerpie nie tylko ze swojej dyskografii, ale i z dorobku innych zespołów. Tutaj sztandarowym wręcz przykładem, który od razu rzucił mi się w uszy, jest singlowe Bang Bang. Być może die hard fani punk rocka zrównają mnie z ziemią, ale ten właśnie utwór z powodzeniem mógłby znaleźć się w dyskografii takich potęg jak Bad Religion czy Alkaline Trio. Nie jest to stricte pop-punkowa kompozycja, a bliżej jej właśnie do czystej postaci tego gatunku. Szybkie tempo, mocno zaznaczona perkusja i głośne gitary są przecież kwintesencją gatunku buntowników, dlatego moja teza – choć odważna – ma swoje uzasadnienie.

Ten duży przekrój gatunkowości nie pozwala na umiejscowienie Revolution Radio w jednej kategorii, co jednak powinno być chłopakom na rękę. Nieudany eksperyment w postaci trylogii z 2012 roku wywołał swego rodzaju rozłam wśród fanów, więc taka różnorodność powinna ponownie ich połączyć. Bowiem nie wierzę, że po przesłuchaniu albumu znajdzie się choć jedna osoba, która nie wyłapie w nim choć jednego pozytywnego aspektu. W Bang Bang i Revolution Radio jest szybko, w Outlaws i Ordinary World jest spokojnie, a miszmasz tych dwóch kierunków występuje właściwie w każdym innym utworze.

Na koniec słów kilka o warstwie melodycznej wydawnictwa. Kompozycja utworów to chyba największy plus tej płyty, bo każda piosenka niesie za sobą pewien ładunek emocjonalny – pozytywny, negatywny, depresyjny czy motywujący. Są piosenki po usłyszeniu których chce się żyć (Still Breathing, Youngblood), są również te potrafiące wzruszyć czy nawet zasmucić (Outlaws, Trouble Times), a niektóre kawałki idealnie nadają się do popołudniowego odprężenia (Bouncing Off the WallForever Now). Jeżeli natomiast wspomnieć o płycie jako o całokształcie, to zdecydowanie na myśl przychodzi jedno słowo: progres. Paradoks? Być może, ale taki powrót zdecydowanie trzeba traktować w kategorii powrotów in plus. Viva la Gloria!

Exit mobile version