Site icon All About Music

Green Day – ¡Uno! (2012), recenzja Filipa Wiącka

Członkowie zespołu Green Day w lutym tego roku zamknęli się w studiu. Zaczęli nagrywać nowy krążek. Utworów wyszło jednak bardzo dużo, a niektóre z nich miały zupełnie odmienne brzmienie. Dlatego postanowili obsadzić nimi aż trzy studyjne krążki.

Ogrom materiału i sam pomysł trzech krążków potwierdzić mogę słowami wokalisty (Billie Joe Armstrong):

Piosenki po prostu przychodziły i przychodziły. Pomyślałem, może podwójny album? Nie, takich jest dziś już za dużo. A później przyszło jeszcze więcej piosenek. I któregoś dnia, powiedziałem pozostałym: ‘Zamiast Van Halen I, II czy III, co by było gdyby było Green Day I, II i III, a na okładkach każdej z płyty byłyby nasze twarze?’

Wielkim fanem Green Daya nigdy nie byłem. Znam kilka ich starszych płyt, niektóre lubię (American Idiot), inne wręcz przeciwnie (Dookie). Ogólnie jednak uważałem ich muzykę za nieco nudną i przewidywalną. Czy zmieniło się to po przesłuchaniu ¡Uno!? Już teraz mogę powiedzieć, że tak.

Piosenki zawarte na albumie nie są niczym nowym. Podobne do tych na ¡Uno! mogliśmy usłyszeć na pierwszych krążkach grupy (Kerplunk!, Dookie). Między nimi jest jednak zasadnicza różnica. Te starsze utwory charakteryzują się niedopracowaniem. Słuchacz (w każdym razie ja) ma wrażenie, że kawałki zostały po prostu na tamte płyty powrzucane bez względu na jakość. Inaczej jest na ¡Uno!. Tutaj wyraźnie słychać, że krążek jest dopracowany.

Przyznam, że single bardzo zachęciły mnie do przesłuchania krążka. Począwszy od Oh Love, czyli piosenki, która ze wszystkich, była krytykowana chyba najbardziej. Zupełnie nie potrafię zrozumieć, dlaczego fani zespołu zmieszali ten kawałek z błotem. Mnie się on bardzo podoba. W przeciwieństwie do innych na ¡Uno! jest raczej spokojny. Dopiero w dalszej części się rozkręca. Ostatecznie jednak otrzymujemy dobry, punk rockowy numer. Swoją drogą słusznie wypchnięty na koniec płyty. Jeszcze bardziej podoba mi się Kill the DJ. Przypominam sobie utwory z poprzednich krążków kapeli i podobnego nie potrafię znaleźć. Łączy w sobie elementy punk rocka i muzyki… tanecznej. Spokojnie, nadal w stylu Green Daya. Jest więc zadziornie i bezkompromisowo. W refrenie wielokrotnie powtarzają się słowa,

Someone kill the DJ, shoot the fuckin’ DJ

co moim zdaniem jest bardzo trafne. Na dyskotekach sam często chciałbym zastrzelić DJ’a, który zapodaje odmóżdżającą muzykę. Ostatnim singlem stał się utwór Let Yourself Go, który z tej trójki najlepiej zapowiada to, co znajdziemy na krążku. Jest więc głośno, rockowo. Uwielbiam fragmenty, w których Billie krzyczy.

Przy pierwszym podejściu do ¡Uno! ziewałem z nudów. Szybko się na szczęście przekonałem. Nie ma tu utworu, który by mi się nie podobał. Każdy ma w sobie coś, co wyróżnia go od innych i czyni dobrym. W Stay the Night podoba mi się chwytliwy refren. Uwielbiam także Troublemaker, który jest nieco tanecznym numerem. Może nie tak dobry, jak Kill the DJ, ale równie oryginalny i wyrazisty. Billie brzmi super.

Co jeszcze znajdziemy na ¡Uno!? Między innymi Nuclear Family, które ma spory potencjał, by stać się hitem. Tylko w rockowej stacji radiowej, ale to zawsze coś. Bardziej podoba mi się mimo tego Sweet 16, które – poza Oh Love – jest najspokojniejszym utworem na płycie. Może i trochę słodki, ale całkiem znośny i przyjemny. Na koniec warto jeszcze wspomnieć o Carpe Diem. Kawałek został wykonany na żywo jakiś rok przed wydaniem całego ¡Uno!. Wtedy piosenka nie zrobiła na mnie wielkiego wrażenia, ale udało mi się do niej przekonać. Utwór ma najbardziej sensowny tekst z tu zawartych:

Carpe Diem a battle cry, Aren’t we all too young to die? Ask a reason and no reply, Aren’t we all too young to die? (PL: Carpe Diem – okrzyk bojowy Czy wszyscy nie jesteśmy za młodzi na śmierć? Pytając o powód – żadnej odpowiedzi Czy wszyscy nie jesteśmy za młodzi na śmierć?)

A skoro już wspomniałem o liryce. To chyba najsłabsza część całego krążka. Momentami ma się wrażenie, że teksty są, bo muszą być. Ale i tak lepsze to niż niezwykle mądre „poematy” zawarte na albumach Insomniac czy Kerplunk!.

Przyznam, że album zrobił na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Słuchanie go to przyjemność. Utwory łatwo wpadają w ucho. Jeśli ktoś nie lubi ostrych, metalowych utworów – nie ma się czego bać. Green Dayowi daleko do np. Slayera czy Antharax. Ich muzyka ma być przyjemna, lekka, ale wciąż punk rockowa. I taka jest.

Exit mobile version