Gorączka piątkowej nocy, czyli Balthazar i ich Fever w warszawskiej Proximie. Relacja Weroniki Szymańskiej

Fever to album, który skradł moje serce (możecie o tym przeczytać w mojej recenzji) i z dużym zniecierpliwieniem wyczekiwałam pierwszego marcowego wieczoru, aby posłuchać i zobaczyć grupę Balthazar na żywo. Pojechałam, zobaczyłam, a emocje wciąż mnie nie opuszczają!

Wchodząc do klubu dobiegły mnie bardzo intrygujące dźwięki supportującego zespołu. A właściwie jednego chłopaka, który zupełnie mnie oczarował w tracie swojego krótkiego, 30-minutowego seta. Jasper Maekelberg to multiinstrumentalista, który na scenie czuje się jak w domu! W Warszawie wystąpił w ramach solo actu, obsługując całą scenę samemu, a niemało sprzętu tam miał! Tańczył, bawił się z publicznością i przede wszystkim bardzo dobrze brzmiał. Jego elektroniczno-gitarowe dźwięki świetnie mnie nastroiły na dalszą część wieczoru i sprawiły, że będę się rozglądać za jego solowymi występami. Faces on TV – nie przegapcie tej nazwy!

Punktualnie o 21 na scenie pojawił się zespół Balthazar. Już prawie zapomniałam o małym falstarcie, który sprawił, że koncert jednak troszkę się opóźnił. Mianowicie po około 10-minutowym intro wybijanym praktycznie tylko na perkusji, któremu towarzyszyła bieganina muzyków w tę i z powrotem, można było się zorientować, że chyba coś jest nie tak. I faktycznie po chwili zespół przerwał ledwo rozpoczęty koncert, przeprosił i powiedział, że wróci na scenę jak najszybciej. Muzycy wrócili po około 20 minutach, a sprawcą zamieszania okazał się „one stupid cable” jak stwierdził gitarzysta i wokalista Jinte Deprez. Na szczęście to była jedyna negatywna niespodzianka tego wieczoru.

Z kolei pozytywnie zaskoczył mnie numer, który wybrzmiał na samym początku. Roller Coaster z najnowszego albumu Fever chyba nie tylko mi tak bardzo się spodobał, bo mimo, że na płycie jest ukryty gdzieś na szarym końcu, to na koncercie pojawił się na samym szczycie setlisty. Ten piękny początek zapowiadał naprawdę dobry koncert!

Później dla odmiany cofnęliśmy się do samych początków i niesamowicie charyzmatycznego utworu The Boatman oraz trochę późniejszego Sinking Ship. Szybko jednak wróciliśmy z powrotem do Fever. Najnowszy album został bardzo dobrze przyjęty przez polską publiczność, o czym świadczyły entuzjastyczne reakcje na każdy utwór z tego wydawnictwa. Sama zaczęłam swoją przygodę z zespołem od ich najnowszych singli, więc chętnie przyłączałam się do tych aplauzów.

W między czasie, gdy my pod sceną świetnie się bawiliśmy, tańczyliśmy i wspólnie śpiewaliśmy, chłopcy z zespołu dawali niesamowite show. Pokazali nam jak świetnie można bawić się muzyką, będąc przy tym maksymalnie profesjonalnymi. Bawili się między sobą na scenie, bawili się z nami, a nawet wśród nas! Osobiście nie mogłam oderwać wzorku od żadnego z nich. Co ciekawe, nie sprawiły tego żadne spektakularne oprawy wizualno-scenograficzne. Wystarczyło kilka instrumentów i pięć charyzmatycznych osobowości, żeby stworzyć tak genialną atmosferę.

Poza płytą Fever, którą tak wychwalam, bardzo ucieszyła mnie obecność takich utworów jak Decency, Bunker i Blood Like Wine, w których grupa pokazała esencję swojego brzmienia. Połączenia gitar, charyzmatycznych wokali Maartena Devoldere’a i Jintego, oraz niesamowitych skrzypiec, którymi czarował Tijs Delbeke to wizytówka zespołu. Podczas końcówki Blood Like Wine widok czterech mężczyzn stojących w rzędzie ze swoimi gitarami i wspólnie wyśpiewujących wers „Raise your glass to the nighttime and the ways to choose a mood and have it replaced”, do czego zresztą po chwili wszyscy się przyłączyliśmy, przyprawił mnie o lekkie wzruszenie. Ten poruszający nastrój podtrzymał wspomniany już, pełen melancholii Bunker.

Przy Changes powróciliśmy już do tanecznego klimatu, który swoją kulminację osiągnął podczas genialnego Fever. Przysięgam, że to jedna z najlepszych kompozycji, jakie w życiu słyszałam. Wisienka na torcie. Jak my przy tym tańczyliśmy… A jak śpiewaliśmy! A jak oni to zagrali! Mówię Wam, dla takich koncertowych momentów warto jechać nawet pół Polski! Niezapomniana chwila! Podczas Entertainment już nikt się nie oszczędzał. Cały klub śpiewał i skakał, wiedząc, że show pomału dobiega końca.

Na bis na scenę wrócił tylko Jinte z gitarą, w towarzystwie Simona Casiera i Tijsa, którzy tym razem nie trzymali gitar, a trąbkę i puzon! W takiej aranżacji wybrzmiał utwór The Oldest Of Sisters. Oj zadrżało mi serducho przy tym kawałku. Potem do chłopaków dołączyli Maarten oraz Michiel Balcaen, i wspólnie już wykonali Grapefruit, który tylko postawił kropkę nad tym, co się wydarzyło w Proximie tego wieczora. Muzyczne szaleństwo opanowało zarówno publiczność jak i muzyków.

Na koniec grupa zagrała jeszcze Do Not Claim Them Anymore ze swojego drugiego albumu i pożegnała się, choć szczęśliwcy mieli jeszcze okazję złapać muzyków po koncercie i zamienić dwa słowa, bądź zdobyć autograf.

Nad jakimkolwiek niedosytem wstyd się nawet zastanawiać. To był kompletny koncert. Wszystko zagrało tak jak powinno. Muzycy dali perfekcyjne show. Każdy z nich był frontmanem, ale przy tym wszyscy byli jednym bandem, który świetnie się bawił ze sobą i swoją muzyką na scenie. Jakbym miała się do czegoś doczepić, to jedynie do paskudnie głośnego nagłośnienia w klubie, ale to raczej nie jest wina zespołu. Zresztą, w perspektywie tak dobrej zabawy nie zamierzam tego jakoś szczególnie mocno rozpamiętywać. Mam nadzieję, że Balthazar wróci do nas jak najszybciej, bo na tak dobre koncerty mogłabym chodzić codziennie!

Czytaj również