O tym, jak wielką sympatią darzę debiut zespołu Goldfrapp (album Felt Mountain), wspominałam wielokrotnie. I wspominać będę nadal, bo to świetna płyta, która zasługuje na to, by było o niej głośno. Jest wprost wspaniała i magiczna. Równie dobrze nazywać by się mogła Utopia, jak jedna z piosenek, które się na niej znajdują. Dlaczego? Bo słuchając Felt Mounatin w myślach przenoszę się do mitycznej krainy szczęścia. Szczęścia wywołanego tymi spokojnymi, ale wielkimi dźwiękami.
http://www.youtube.com/watch?v=_ggLQckReDk
Sięgając po Black Cherry byłam pełna obaw, ale i ciekawości. Album wydany został trzy lata po debiucie. Niby nie jest to długi okres czasu, ale krążek znacznie odbiega od stylistyki Felt Mountain. Niestety. Więcej tu ingerencji komputerów i syntezatorów. Mniej żywych instrumentów typu skrzypce, saksofon czy trąbki. Za produkcję wciąż odpowiada Will Gregory – połowa duetu Goldfrapp. Na wokalu – niesamowita Alison.
Chociaż Black Cherry to zupełnie nowy etap w twórczości duetu, udało mi się znaleźć tu kilka kawałków, które przy lekkim przymrużeniu oka mogą stanowić pomost między Felt Mountain a drugim krążkiem. Świetnym przykładem tego jest tytułowy utwór Black Cherry. To delikatny, nieco magiczny numer. Subtelny i zmysłowy. Innym – nawet lepszym nagraniem a’la Felt Mountain – jest Deep Honey. To niesamowicie ciekawy, tajemniczy i intrygujący utwór. Uwielbiam fragmenty, kiedy Alison szepce. Chociaż piosenka w porównaniu do innych z Black Cherry jest bardziej przyziemna (czytaj: nagrana głównie przy użyciu instrumentów a nie komputera) w rzeczywistości wydaje się być nieziemska, wręcz nie z tego świata. Na Felt Mountain, a może raczej reedycji tego krążka, znaleźć się mogłoby miejsce dla nagrania Hairy Trees, które charakteryzuje się pięknym, filmowym początkiem. W piosence możemy usłyszeć smyczki. Całość jest dość stonowana i delikatna. Nie ma w niej nagłych zwrotów akcji. Jak się zaczyna, tak dochodzi do końca. Ostatnią piosenką, która trochę nawiązuje do debiutu jest jazzujące Forever.
Spokojne utwory stanowią jedną (niestety mniejszą) część płyty. Pozostałe to dynamiczne, napakowane elektronicznymi dźwiękami kawałki. Pierwszym ich reprezentantem jest Crystalline Green. Sporo syntezatorów, odrobinę (i o tę odrobinę za dużo) przerobiony wokal Alison, trochę gitar – tak najłatwiej można go scharakteryzować. Sporo momentów, w których artystka nuci. Mimo tego czuję, że ten utwór to przerost formy nad treścią. Nie podoba mi się. Znacznie lepsze jest singlowe Train. To ciekawy, całkiem pomysłowy kawałek ze świetnym refrenem, w którym Alison brzmi zmysłowo. Jedyne, do czego mogłabym się przyczepić to to, że przez cały kawałek przewija się ten sam elektroniczny podkład. Przyjacielem Train wydaje się być Tiptoe. Podoba mi się, jak Alison w nim śpiewa – raz wysoko, raz nisko. Szkoda tylko, że Tiptoe nie powiela przebojowości Train.
Jestem zawiedziona nagraniem Twist, którego początek dawał nadzieję na coś świetnego i wielkiego. Piosenka skutecznie budzi mnie z transu, w który wpadłam podczas słuchania Deep Honey i Hairy Trees. Nie bardzo sprawdził się pomysł dołączenia różnych dźwięków typu wrzaski i krzyki. Nie słucha się tego z przyjemnością. Co innego singlowe Strict Machine – odrobinę rockowe, bardzo elektroniczne nagranie, w którym wokal Alison kojarzy mi się z Kylie Minogue. Na zakończenie zespół raczy nas dobrym, psychodelicznym numerem Slippage.
Oceniając drugi album Goldfrapp Black Cherry nie da się uciec od porównań do Felt Mountain. Po przesłuchaniu debiutu nie mogłam powstrzymać się od włączenia go ponownie. I jeszcze raz. Mogłam słuchać tego kilka razy pod rząd. Z Black Cherry niestety tak nie mam. Włączam raz, ledwo dochodzę do końca i sięgam po coś innego. Nie oznacza to oczywiście, że ten album jest zły i koszmarny. Duet po prostu podniósł sobie tak wysoko poprzeczkę, że nawet dziwne by było, gdyby ją chociaż musnęli. Zobaczymy w jakim kierunku pójdzie muzyka Goldfrapp na kolejnej płycie – Supernature. Będzie lepiej czy gorzej? Black Cherry to chwilowy spadek formy czy dłuższa dolegliwość?

