We wtorek 2 grudnia 2014 roku w krakowskim klubie Rotunda odbył się koncert nowojorskiej grupy Gogol Bordello. Gdybym miał go opisać w trzech słowach, użyłbym epitetów: dziki, głośny i szalony.
Gdy dotarłem na miejsce około godziny 18.30, klub dopiero wypełniał się miłośnikami rockowej muzyki. Na ich twarzach widać było nieukrywaną ekscytację spowodowaną tym że już za kilkadziesiąt minut na rotundzkiej scenie pojawić się miała kapela, mogąca wpisać w swoje CV m.in występ na jednym z największych festiwali świata – Rock am Ring. Po zakupieniu brunatnego napoju, udałem się w kierunku estrady, gdyż występ Mariachi El Bronx – kapeli supportującej główną gwiazdę wieczoru – był zaplanowany na godzinę 19.00. Jak to jednak w przypadku koncertów bywa, zespół nie wszedł na scenę punktualnie – pojawili się na niej z 30 minutowym opóźnieniem, spowodowanym najprawdopodobniej tym, że wiele osób nie zdążyło jeszcze dotrzeć do klubu (przed godziną 19.00 parkiet był wypełniony w maksymalnie 60%). Jednak z minuty na minutę ludzi przybywało coraz więcej, a w czasie występu głównej gwiazdy wieczoru było ich aż tyle, że swobodne oddychanie w przypominającej próżnię sali graniczyło z cudem. Ale nie uprzedzajmy faktów.
Mariachi el Bronx
Kiedy pojawili się na scenie, trudno mi było powstrzymać się od śmiechu, ale takiego zupełnie szczerego – nie szyderczego. Muzycy, którzy w większości grają na co dzień w hardcore punkowej kapeli The Bronx, zamiast czarnych rurek, T – shirtów i Vansów, przywdziali tradycyjne meksykańskie stroje, a w ręku ich elektryczne wiosła zastąpiły gitary klasyczne, mandolina, czy grzechotki.
Lider kapeli – Matt Caughthran – na początku sprawiał wrażenie stremowanego, ale im dłużej trwał ich występ, tym szerszy uśmiech pojawiał się na jego twarzy. Mariachi El Bronx na 40 minut porwali publikę w świat muzyki hiszpańskiej i meksykańskiej, która brzmiała trochę jak synteza soundtracków z filmów Django i Desperado. Pomimo tego, że za drzwiami Rotundy temperatura oscylowała wokół zera stopni, przez kilka chwil poczułem się jak na jednej ze słonecznych plaż Los Angeles (z którego pochodzi kapela). Kameralny klimat show udzielił się kilku parom, które postanowiły zatańczyć w rytm akompaniującego zespołu. Pod koniec koncertu Matt podziękował krakowskiej publiczności za tak wspaniałe powitanie i przyznał, że zakładając ten projekt muzyczny nigdy nie przypuszczał, iż uda im się dotrzeć aż do Polski.
Z występu Mariachi El Bronx zapamiętam ciemnowłosą skrzypaczkę, która swoją urodą przyciągnęła wzrok niejednego ze stojących pod sceną przedstawicieli płci męskiej, Matta Caughthrana popijającego między utworami piwo bliżej nieokreślonej marki, perkusistę grupy, który w bardzo efektywny sposób wystukiwał rytm swoim kompanom z zespołu, oraz jednego z trębaczy kapeli – wyglądającego jak starsza wersja Eugena Hütza.
Gogol Bordello
Dokładnie o godzinie 20.50 gwiazda wieczoru weszła na scenę. Po usłyszeniu pierwszego dźwięku wiosła Michaela Warda dobrze wiedziałem, że będzie cholernie głośno. Gitara elektryczna, bas i perkusja stworzyły tak potężną ścianę dźwięku, iż przez chwilę bałem się, że elewacja – o którą się opierałem – zaraz się zawali. Po krótkim, orientalnym intrze, na scenę wtargnął Eugene Hütz. Gdyby w tym momencie pojawił się na Dworcu Głównym w Krakowie, najbliższy patrol policji zgarnąłby go na dołek. Wyglądał jak król żulów, przywdziewając zżółknięty podkoszulek, czarną marynarkę oraz dres, na który naciągnął jeszcze spodenki bokserskie. Dodatkowo, w ręku dzierżył swoje własne berło – wino marki wino. Właśnie taki jest lider Gogol Bordello – pozytywnie szurnięty. I takie też było całe show zespołu.
W czasie dwugodzinnego występu zaprezentowali oni repertuar będący przekrojem ich najlepszych i najbardziej znanych utworów. Zaczęli od We Rise Again, kompozycji pochodzącej z ich ostatniego studyjnego wydawnictwa Pura Vida Conspiracy z 2013 roku, które szybko przerodziło się w Not a Crime. Muzycy zagrali dla krakowskiej widowni jeszcze kilkanaście porywających kompozycji, między innymi: My Companjera, Immigraniada (We Comin’ Rougher), Break The Spell czy Blueprint – cover grupy Fugazi. W wykonywaniu wszystkich piosenek kapeli towarzyszyła publiczność – widać było, że ludzie nie znaleźli się w klubie przez przypadek.
Lider zespołu – mający 42 wiosny za sobą – zaprezentował na scenie energię i witalność, której pozazdrościć mógł mu niejeden nastolatek podziwiający show. Gdy po 20 minutach występu ściągnął spraną koszulkę i zaprezentował swoją szczupłą klatkę piersiową, wszyscy panowie z brzuszkami piwnymi i brunatnymi napojami w ręku zrozumieli, dlaczego Eugene preferuje wino. A propos, trunek ten bardzo szybko Hützowi ubywał. Raz zdarzyło się nawet, że lider Gogol Bordello wziął solidnego łyka i splunął w kierunku widowni, która zareagowała na ten ruch bardzo entuzjastycznie.
Im dłużej trwało show, tym bardziej zdawałem sobie sprawę, że oglądam właśnie jeden z najlepszych koncertowych zespołów na świecie. Potwierdzał to ich fantastyczny kontakt z publicznością, reżyseria całego spektaklu oraz energia, z jaką wykonywali każdy utwór. Fakt, zdarzały się fałsze (z resztą trudno było ich uniknąć, skoro lider wlał w siebie znaczną ilość alkoholu), czy małe niedociągnięcia, ale całościowo Gogol Bordello zaprezentowali klasę światową. Gdy zakończyli część właściwą koncertu i zeszli na backstage, widownia bardzo szybko zaczęła skandować ich nazwę i prosić o bisy. Nie trzeba było na nich długo czekać. W czasie ponad 20 – minutowego bisu zespół wykonał m.in utwór Ona poszła inną drogą, będący klasykiem grupy Breakout – legendy polskiego bluesa. Było to ogromne zaskoczenie nie tylko dla mnie, ale i całej widowni, gdyż śpiewającego po polsku Eugena po prostu się nie spodziewaliśmy. Kolejnym wartym odnotowania momentem drugiej części show była chwilowa kradzież gitary lidera zespołu przez jednego z widzów. Nie była to jednak jakaś poważna akcja, gdyż zguba bardzo szybko się odnalazła, a sam jej „złodziej” po chwili wtargnął na scenę i popisał się znajomością kilku polskich słów zaczynających się na „k”, „p” i „j”. Eugene Hütz zareagował na całe zajście bardzo pozytywnie – poklepał delikwenta po plecach, a następnie sam zaprezentował szeroki wachlarz znajomości naszych rodzimych przekleństw.
W czasie bisów Hütz zebrał się też na chwilę intymności i we własnym imieniu podziękował nam – Polakom – za wspieranie jego rodzinnej Ukrainy w tych trudnych dla niej czasach. Nie ukrywam, że był to moment, który naprawdę mnie urzekł, bo pokazał, że nawet będąc zupełnym hedonistą, można pamiętać o swoich korzeniach i kraju, w którym nie mieszka się już od ponad 20 lat.
Gdy ostatnie szmery ustawionych na maksymalną głośność wzmacniaczy dobiegły końca, publiczność udała się w kierunku wyjścia. Wśród niej można było zauważyć przedstawicieli różnych nacji – Azji, Czech, Hiszpanii, czy Skandynawii. Jak widać, tego grudniowego wieczoru wielokulturowość obecna była nie tylko na scenie, ale też wśród widowni.
Do tej pory były same pochwały, teraz czas na kilka uwag, które nie dotyczą w żadnym stopniu występujących artystów, tylko organizatora imprezy. Po pierwsze: mała ilość dostępnych w szatni wieszaków. Mnóstwo osób nie mogło zostawić w niej swoich kurtek, gdyż zabrakło na nie miejsca. To łączy się z kolejną sprawą, czyli liczbą ludzi w klubie, która – moim skromnym zdaniem – była zdecydowanie za duża. Wiadomo, że występ takiej gwiazdy przyciąga rzesze miłośników muzyki, ale trzeba przecież zachowywać resztki rozsądku. Rotunda w momencie występowania Gogol Bordello przypominała wypełnioną po brzegi puszkę konserw. Nie chcę nawet myśleć co by się stało, gdyby w trakcie imprezy wybuchł pożar. Mam nadzieję, że doświadczenie to wpłynie na bardziej rozważną dystrybucję biletów na przyszłe koncerty.
Kończąc tą relację, chciałbym podzielić się z Wami pewną refleksją. Jeszcze przed wyruszeniem na imprezę, spędziłem trochę czasu na czytaniu zapowiedzi dotyczących nadchodzącego występu nowojorskiej grupy. Co tekst, to te same frazesy: że zwycięża w nim równość, bez podziału na białych czy czarnych. Po zapoznaniu się z większością artykułów zadawałem sobie pytanie: kogo to obchodzi? Po co mieszać segregację rasową z muzyką? Jaki jest tego cel? W mojej opinii muzyka nie dzieli się na białych czy czarnych, Europejczyków czy Azjatów. Jedyny podział jaki istnieje, to na muzykę dobrą lub złą. A występ Gogol Bordello nie był dobry, był po prostu rewelacyjny.


