Site icon All About Music

Gary Barlow – Since I Saw You Last (2013), recenzja Marty Mrowiec

Gary Barlow nazywany jest muzycznym dzieckiem Paula McCarneya oraz Eltona Johna. Jakkolwiek to brzmi przyznać należy, że to słychać w muzyce jaką tworzy. Co usłyszymy na jego czwartym, solowym albumie?

Przede wszystkim artysta uwielbia doskonałe harmonijne melodie, wysmakowane oraz eleganckie aranżacje. Tym samym lider Take That dostarczył nam album zawierający 15 kompozycji, które są idealnie wyważone, dograne i muzycznie dopieszczone. Gary jest świadomy jak tworzyć utwory tak, aby były miłe i wpadały w ucho.

Gary Barlow niewątpliwie jest artystą dobrym i rzetelnym, co więcej jest bardzo zdolny. Jednak brakuje mu nieco charyzmy, muzycznej brawury, artystycznego polotu. Tworzy kompozycje ładne i urzekające, jednak pozostawia pewien niedosyt i chęć na przełamanie konwencji. Jego najnowszy album Since I Last Saw You jest idealnym dowodem na powyższe słowa. Dostaliśmy od Barlowa kawał solidnego materiału, wysmakowanego i dopieszczonego popu w klasycznym stylu. Wszystko jest zgrabne, z fasonem, jednak bez większych emocji. A szkoda. Krążek niewątpliwie zyskałby, gdyby Gary uraczył nas jakimikolwiek emocjami. A tak dostajemy 15 kompozycji, które faktycznie urzekają i są piękne, jednak pozostawiają pewien rodzaj pustki.

Album otwiera Requiem. To kompozycja początkowo bardzo spokojna i melancholijna, która powoli się rozwija i nabiera tempa. Następnie dostajemy singlowe Let Me Go. Gary pokazuje, że jest jak dobre wino. Im starszy tym lepszy. Utwór idealnie nadaje się na singiel, gdyż jest skoczny i żywiołowy tym samym szybko wpada w ucho. Nie sposób docenić uroku duetu Barlowa z legendą muzyki Eltonem Johnem (przypomnijcie sobie jego ubiegłoroczną płytę The Diving Board, tutaj recenzja). W wyniki współpracy dostaliśmy utwór dojrzały i bardzo zgrabny. Panowie świetnie ze sobą brzmią i dobrze się uzupełniają. Jest to zdecydowanie jeden z lepszych kawałków na płycie. Co jeszcze usłyszymy na krążku?

Tytułowy numer – Since I Saw You Last – to kolejna z żywszych kompozycji. This Hause to spokojna ballada. Generalnie Gary przeplata żywsze utwory z balladami. Tym samym album nie nuży i nie męczy. Niezależnie od tego czy dostajemy numer szybki czy balladę uwagę należy zwrócić na dopracowanie każdego z utworów. Album to naprawdę solidna robota. Jednak tak jak wspomniałam miejscami brakuje mu pazura i wyrazistości. Ballady, jak chociażby 6th Avenue czy We Like to Love są nazbyt miałkie i nijakie. Na płycie kuleją również teksty, ponieważ Gary porusza się w tematach standardowych i trochę wytartych. I tak usłyszymy o nieszczęśliwej miłości, zdradzie, dwulicowości kobiet, jak również o wolności, śmierci i nadziei.

Na próżno szukać na płycie świeżości czy też zjawiskowości. Gary tworzy muzykę przyjemną, jednak w żaden sposób nie odkrywczą. Nie eksperymentuje, nie bawi się techniką, nie robi sobie wycieczek w inne gatunki. Robi dokładnie to co wychodzi mu najlepiej i czemu jest wierny od lat. Urzeka wokalem i kompozycjami, które okrasza stonowanymi dźwiękami instrumentów takich jak gitara czy fortepian. Całość daje melodyjną i kojącą ucho propozycję. Miejscami wydaje się, że krążek jest zbyt spokojny i stonowany, jednak dla niektórych może być to jego atut, ponieważ artysta nie zarzuca nas nadmierną ilością niepotrzebnych dźwięków. Dociera do naszego wnętrza poprzez spokój i harmonię. Tym samym nie spodziewajmy się skrajnych emocji i doznań. Odprężmy się i oddajmy pięknym melodiom. Mimo kilku wad, jak wspomniane teksty czy mała wyrazistość album znalazł się w moim zestawieniu TOP 20 ubiegłego roku, ponieważ urzeka i stanowi harmonijną całość, której słucha się rewelacyjnie.

Exit mobile version