Gabriella Cilmi – The Sting (2013), recenzja Zuzanny Janickiej

Pochodząca z Australii Gabriella Cilmi liczy sobie zaledwie dwadzieścia dwa lata, a na koncie ma już trzy studyjne albumy. Debiutancki, Lessons to Be Learned swoją premierę miał przed pięcioma laty. Promujący go soulowo-popowy singiel Sweet About Me nucili prawie wszyscy. Drugi krążek wokalistki, Ten, okazał się być mniejszym sukcesem. Wcale się zresztą nie dziwię, ale o tym za chwilę. Dziś Gabriella powraca z trzecim studyjnym krążkiem The Sting. Jego premierę wielokrotnie przekładano i ostatecznie ukazał się w listopadzie. Czyli okresie obleganym głównie przez popowe wokalistki, które wydają albumy przed świętami, licząc na większą sprzedaż. Czy Cilmi ma szansę przebić się w tym tłumie?

Lessons to Be Learned jest albumem bardzo przeze mnie cenionym. Podoba mi się jego różnorodność. Gabriella umieściła na nim nieco rockowe Save the Lies, taneczne, ale smakowite Messy oraz soulowe Sanctuary. Ciężko zapomnieć również o funkowym Don’t Wanna Go to Bed Now, pięknym Awkward Game, w którym to wokal Cilmi wspaniale rozkwita oraz jazzującym Sit in the Blues. Komuś ta rozpiętość gatunków może przeszkadzać, na mnie jednak zrobiła pozytywne wrażenie. Gabriella pokazała bowiem, że żadne dźwięki jej nie straszne.  Jej może i nie, ale mi tak. Tym bardziej, że na Ten przeszła na ciemną stronę mocy i sięgnęła po… electropop. Pewnie myślała, że zagwarantuje jej to wysoką pozycję na listach przebojów. Przeliczyła się. Jej taneczne utwory przebojowością ustępowały wielu innym.

Na swoim trzecim studyjnym albumie zatytułowanym The Sting w pewnym stopniu artystka powraca do korzeni. Porzuca eksperymenty z electropopem i serwuje dawkę bardzo udanych melodii spod znaku alternatywnego popu, jazzu, soulu czy (w mniejszych ilościach) r&b. Jej wokal, którego barwa niegdyś porównywana była do głosu niesamowitej Amy Winehouse, nabrał wyrazu i dojrzałości. Dla kogo adresowana jest nowa muzyka Gabrielli? Proponowałabym ją fanom takich artystek jak Duffy, Emeli Sande czy Rebecca Ferguson. Jednak każda osoba, która ceni niebanalne piosenki wymagające uwagi będzie z pewnością usatysfakcjonowana.

Piosenka Highway rozpoczyna moją przygodę z The Sting. Już od pierwszych dźwięków uzmysławia mi, że będę mieć do czynienia z albumem ciekawym i zajmującym. Highway nazwać możemy mieszanką popu oraz soulu. Siłą utworu jest tajemnicza, nieco filmowa melodia oraz śpiewająca odrobinę zachrypniętym wokalem Cilmi. Bardziej przebojowo robi się w rozpoczynającym się dźwiękami pianina Symmetry. Później dochodzą m.in. smyczki oraz miarowe uderzenia perkusji. Spokojniej robi się ponownie przy zagranym głównie na pianinie, nieco surowym Sweeter in History.

Do gustu przypadła mi orkiestrowa kompozycja Don’t Look Back, która charakteryzuje się melancholijnym klimatem. Lubię również bujające Not Sorry oraz szybkie, żywiołowe Let With Someone Else, które posiada rockową energię. The Sting, tytułowa kompozycja, to świetny wybór na pierwszy singiel. Piosenka jest odpowiednio przebojowa a do tego dynamiczna i taneczna. Przywodzi mi na myśl niektóre utwory Caro Emerald, w których to klasyka świetnie połączyła się z nowoczesnością.

Vicious Love, piosenka, w której tle słyszymy m.in. smyczki, zaczarowała mnie od pierwszych dźwięków. Uwielbiam w niej wokal Gabrielli, która śpiewa spokojniejszym i bardziej stonowanym głosem niż w większości swoich numerów. Czaruje i uwodzi. W Every Memory Cilmi stopniowo buduje napięcie. Jeśli jednak ktoś spodziewa się refrenu-petardy, może się zawieść. Potrzeba czasu, by piosenka ta została w głowie. Podobnie sprawa ma się z kołyszącym I Am Just a Girl, w które wpleciono nieco trip hopowych dźwięków. Balladowe, delikatne Parallel Universe, w którym wokalistce towarzyszy nienarzucający się chórek, jest kolejną kompozycją, która potwierdza, że Gabriella dojrzała jako artystka. Prawdziwą ucztę dla uszu Cilmi zostawiła dla nas na sam koniec. Jazzujące Kill Ourselves zachwyciło mnie od razu. Ograniczona do minimum muzyka pięknie współgra z Cilmi – kiedy wokalistka przestaje na chwilkę śpiewać, wszystkie instrumenty milkną.

Nie odliczałam dni do premiery trzeciej studyjnej płyty Gabrielli Cilmi. Ba, mało mnie ona interesowała. Bałam się powtórki z rozrywki. Bałam się tego, że artystka ponownie uraczy nas kilkoma mało udanymi, niesamowicie wtórnymi piosenkami w stylu Britney Spears czy Ke$hy. Tak się na szczęście nie stało. Gabriella wyciągnęła wnioski z ostatnich niepowiedzeń i zaliczyła, jak ja to lubię nazywać, back to basics, czyli powrót do podstaw. Nie tylko odkurzyła kilka melodii z debiutanckiej płyty Lessons to Be Learned, ale zrobiła krok dalej i… cofnęła się kilkanaście lat wstecz. Taki oksymoron. Jej nowe piosenki, w których często pojawiają się orkiestrowe, klasyczne i bardzo eleganckie dźwięki z pewnością przypadną do gustu również starszej publiczności. The Sting nie jest albumem tak różnorodnym jak debiut, ale cechuje go spójność. Nie ma tu typowych wyciskaczy łez, nie ma też piosenek, które od pierwszego taktu porywają do tańca. Może i list przebojów Cilmi nie zawojuje, ale moje serce podbiła od razu. Polecam!

Czytaj również