Fun Factory – Back to the Factory (2016), recenzja Marty Muśko

Muzyka elektroniczna posiada swoje daleko sięgające rozgałęzienia. Tudzież jednym z wielu jest eurodance, które swoje brzmienie zapoczątkowało w latach 80-tych, a następnie kulminacja jego panowania przypadła na ostatnią dekadę XX wieku. Po długiej próbie czasu, z nową płytą powróciła legenda roztańczonych lat 90-tych – Fun Factory. Zespół, który sprzedał ponad 22. miliony płyt i singli na całym świecie, postanowił zbudować most między dawną, a współczesną muzyką taneczną. They Back to the Factory, and Let’s get this party stared!

Jako potomkini wczesnych lat dziewięćdziesiątych posiadam do danej stylistyki niemalejący z upływem czasu sentyment. Niemieckojęzyczna VIVA, kanał Onyx, czy szereg innych nadawanych w minionej dekadzie stacji muzycznych obecnie są już tylko wspomnieniem i mimo szerokiej bazy repertuarów oferowanej przez internet, trudno jest we współczesności odnaleźć dźwięki, które zdołałyby porwać słuchacza w lekki i niewymuszony klimat muzyki dance z dawnych lat. I tu z pomocą przychodzi Fun Factory. Zespół powstał w 1992 roku z inicjatywy rapera i producenta Toni Cottura. Przez wszystkie lata wielokrotnie dochodziło w nim do przetasowań składu. Skupmy się jednak na ich początkach, bowiem to wtedy powstały takie wakacyjne przeboje jak Celebration, Take Your Chance, Close To You oraz I Wanna Be With You. Kolejny wątek wzbudzający kontrowersję wokół pierwotnej ekipy powodował fakt, iż głos, który towarzyszył wszystkim wyżej wymienionym utworom użyczała (w dosłownym znaczeniu) Balca Tözün, natomiast z obowiązku występów na ekranie „odciążyła” ją francuska piosenkarka, modelka o blond włosach Marie-Anett Mey. Po pierwsze – była ona bliższa ogólnemu wizerunkowi zespołu, po drugie – Balja była zbyt młoda i nie mogła zostać zaangażowana w intensywne promowanie twórczości w momencie rozkwitu eurodance na rynku muzycznym. Brzmi znajomo? Historia, głównie z lat dziewięćdziesiątych, była świadkiem niejednej podmianki i do dziś stosowanie podobnych chwytów mających na celu uzyskania wizerunkowego złudzenia spotyka się z falą krytyki. Obecnie wszystko wróciło na swoje miejsce, a Fabryka swoim najnowszym wydawnictwem, zgodnie z jego nadanym tytułem Back to the Factory, udowadnia, że jest w mistrzowskiej formie! Pierwsza generacja powróciła w niemalże pełnym składzie męskim oraz z pierwszą, oryginalną żeńską członkinią na czele.

Fun Factory mimo iż swój powrót na scenę ogłosili kilka lat temu jako The Originalz FF Members of Fun Factory, nie okazali pośpiechu związanego z wydaniem na świat swojego kolejnego muzycznego dziecka. Fakt ten zwykle mija się z regułą dość często obracającą się w gatunku dance i jej pochodnych, czyli im szybciej – tym lepiej. Obecnie zespół sporą część czasu poświęca występom, a ich nieustająca trasa obejmuje także wiele polskich miast. Nowa płyta jedynie stanowi zwieńczenie powrotu, jednocześnie umożliwiając słuchaczom powrót do lat 90. w radosnym i pełnym zabawy stylu. „Fun” jest tu kluczem, które sprowadza na dwupłytowe Back To The Factory nowe piosenki idealnie nadające się do rozkręcenia każdej imprezy, plus remastery oraz remixy kawałków, przygotowanych zarówno dla miłośników skocznych rytmów eurodance, jak i brzmienia nowoczesnej muzyki tanecznej. W nastrój zostajemy wprowadzeni przez przegląd przebojów grupy w kolejności chronologicznej – od najstarszego do najnowszego – w ośmiominutowym megamiksie. Po chwili do tańca porywa najnowszy singiel Turn It Up, który zdążył już głośnym echem rozbrzmieć na polskich scenach. Całość określiłabym jako powrót do korzeni gatunku sprzed ponad dwóch dekad, jednocześnie wnoszący powiew świeżości w repertuarze grupy.

W Summerday i I Want Your Love przywrócone do życia zostały wszystkie elementy, z których znamy Fun Factory i czym wiele lat temu przekonali do siebie rzeszę sympatyków. Melodyjny refren śpiewny przez wokalistkę i rapowane wersy (za które szczególna pochwała należy się Toniemu, Stephenowi i dla Anthona) oraz porywający rytm, który wodzą naszej wyobraźni podąża razem z nami na egzotyczną plażę. Jednak przed nabraniem obrotów w dwóch poprzednich kompozycjach, zabawa rozkręciła się na dobre dzięki Let’s Get Crunck. Był to pierwszy po wielu latach singiel wydany w 2015 roku, jednocześnie pod względem brzmienia najnowocześniejszy z całego zaprezentowanego materiału płyty. Dodatkowo teledysk został zrealizowany na terenie Polski, a konkretnie w Olsztynie.

Fun Factory wzięli na warsztat słynny szlagier Hands Up, wykonywany w oryginale przez Ottowan i później przerabiany m.in. przez Army Of Lovers. Wokal podąża zgodnie z wytyczonym schematem utworu, natomiast męski rap uzupełnił niestety dość stateczne wykonanie i płytkie brzmienie. W rzeczywistości już samo przesłanie optymistycznego wyznania miłosnego do ukochanej osoby powinno wywoływać nieokrzesaną radość i entuzjazm, czego w przedstawionym wariancie niestety brakuje. Następnie Ready To Go zamyka część premier mocnym housowym bitem – melodia płynie z każdym dźwiękiem i idealnie dopasowuje się do obecnie panujących trendów w muzyce tanecznej.

Kolejnym punktem albumu są remiksy. Podobnie jak we wcześniej wspomnianych numerach, ich produkcja prezentuje się na wysokim poziomie. Sprowadzenia klasyka Doh Wah Diddy do współczesnych reali podjął się Eric Chase. A co powiecie na słynne Celebration w męskim wydaniu? Po zmodulowaniu głosu brzmi dość intrygująco, lecz niekoniecznie pozostawia po sobie pozytywne wrażenie. Z kolei Jerome I Wanna Be With You z popowej kompozycji zamienił na współczesne brzmienie EDM, podobnie jak energiczne Close To You w aranżacji Dimaro, które już zdążyło zadomowić się w mojej playliście.

Ile osób, tyle gustów i opinii. Fun Factory nie odcinają się od korzeni, dlatego na Back to the Factory nieobecność ich największych przebojów byłoby niekonsekwentnym posunięciem. Łącznie osiem zremasterowanych utworów uświetniło wydawnictwo z którymi każdy miłośnik eurodance jest od dawna zaprzyjaźniony. Tu jedynie wspomnę o osobistych sympatiach do Close To You, Pain, I Wanna Be With You i mojego numeru jeden z repertuaru grupy – Take Your Chance.

Album nagrany w bliskim oryginałowi składzie (Toni Cottura, Stephan Browarczyk, Balca Tözün i Anthony Freeman) stanowi sedno doskonałej zabawy. Emanuje optymizmem, porywającymi do tanecznych wariacji rytmami, nieco prostymi, lecz przyjemnymi dla ucha tekstami oraz przyzwoitą stroną wokalną. Mimo zawartej kopalni hitów utrzymującej ścisłą więź z gatunkiem eurodance, członkowie zespołu nie stoją w miejscu, muzyczne sprawnie przemieszczają się w czasie, czerpiąc przy tym maksimum satysfakcji i radości. A ponieważ tegoroczne wakacje i lato wielkimi krokami zmierzają ku końcowi, każdy kolejny powrót do płyty wyprodukowanej w Fabryce zabawy będzie jego miłym i sentymentalnym wspomnieniem, do których każdy z nas lubi wracać.

Czytaj również

Muzyka elektroniczna posiada swoje daleko sięgające rozgałęzienia. Tudzież jednym z wielu jest eurodance, które swoje brzmienie zapoczątkowało w latach 80-tych, a następnie kulminacja jego panowania przypadła na ostatnią dekadę XX wieku. Po długiej próbie czasu, z nową płytą powróciła legenda roztańczonych lat 90-tych -...Fun Factory - Back to the Factory (2016), recenzja Marty Muśko