Franz Ferdinand and Sparks – FFS (2015), Recenzja Kacpra Rogalewskiego

Niewątpliwie cały projekt nowopowstałego zespołu Franz Ferdinand & Sparks jest całkowicie przypadkowy. Bowiem panowie nie mając konkretnych planów wspólnie stworzyli utwór Piss Off na początku 2014 roku.  Wówczas uznali, iż kolaboracja niezwykle im służy dlatego też od 9 czerwca 2015 roku możemy posłuchać  tego utwór na ich debiutanckim krążku pt. FFS. Dla niektórych mogło to być zdumiewające. W końcu zespół Sparks głównie inspirował się dźwiękami elektronicznymi, Franz Ferdinand natomiast nigdy na dobre nie porzucili gitar. Ostatecznie ci maksymalnie uzdolnieni artyści pokazali wszystkim jak potrafią bawić się dźwiękami.

Jeszcze tuż przed wydaniem FFS, Ron Mael wielokrotnie zaznaczał, iż krążek powstał na zasadzie fifty-fifty. To też widać. Czuć wpływ dosłownie każdego muzyka z tego wybuchowego wkładu. Mam wrażenie, że FFS to coś niesamowicie autorskiego. Wyraźnie widać pełno spontanicznych emocji. Franz Ferdinand & Sparks stworzyli wydawnictwo, które wydaje mi się spełnia ich aspiracje muzyczne.

Album ten to po prostu połączenie poprzedniej twórczości zespołów. Wydawać by się mogło, że nie da się tego typu kapele połączyć w taki sposób aby kompozycje brzmiały spójnie. Jednak widać to choćby na przykładzie obecności klawiszy na całym albumie. Na początku bowiem są one delikatnie obecne w utworze Johhny Delusional, który jest po prostu solidną dawką typowego Franza Ferdinanda. To samo można powiedzieć o dziele nazwanym The Man Without a Tan. W tych piosenkach muzycy z Sparks dają pole do popisu swoim współpracownikom. Jednak już pod numerem drugi wkraczają typowe dla starszych panów schematy czyli surowe klawisze. Call Girl to dla mnie najlepszy utwór na płycie. Kompozycja ta jest ekstremalnie różnorodna, a co najważniejsze budząca zainteresowanie. Każdy słuchacz bez bicia przyzna, że FFS to rytmiczne wydawnictwo. Mianowicie album zawiera mnóstwo utworów o idealnie dopasowanym tempie. Mowa choćby o takim utworze jaka Dictator’s Son. W tym kawałku rytm wybija charakterystyczne dla zespołu Sparks bicie syntezatora. Do tego Dictator’s Son posiada idealnie napisany tekst,  który udowadnia nam, iż panowie wciąż maja nam coś do przekazania. Moją szczególną uwagę przykuła również piosenka pod tytułem So Desu Ne.  Bez sprzecznie utwór bardziej pasuje do dźwięków Sparks, jednak niezwykle ciekawe jest usłyszeć ich młodszych kolegów w takiej formie. Franz Ferdinand nie poddadzą się bez walki o interesujące brzmienia. Z daleka można odczuć, że panowie z Glasgow nie chcą powielać swoich zatartych ścieżek. Pragną oni rozwoju i doświadczenia w nowych nurtach. Worek z kompozycjami, które najbardziej przypadły mi do gustu zamyka Police Encounters. A to wszystko głównie za sprawą bardzo dobrego wejścia utworu.

Przesłuchując cały krążek szybko można zarejestrować, iż w większości kompozycjach bierze udział wokalista zarówna Franza Ferdinanda jak i Sparks. Jest to dla mnie bardzo unikatowe zjawisko. Jak już wspominałem oba zespoły są bardzo oryginalne oraz odosobnione. Jednak podczas odsłuchu FFS błyskawicznie okazuje się że głosy tych panów niesamowicie współgrają. Ponadto te wokale są zadziwiająco podobne. Wbrew temu w żadnej kompozycji z tego krążka partie wokalne nie są jałowe. Ogromne oklaski należą się zespołowi za wykonanie i przygotowanie piosenki Save Me from Myself. 

Przy współpracy Franz Ferdinand and Sparks można odczuć, iż panowie rewelacyjnie czują się w swoim towarzystwie. Dzięki temu wydawnictwo jest odważne i przebojowe. Każdy muzyk może wyciągnąć wiele korzyści z tego projektu. Młodszym twórcom z pewnością przyda się świeżość po już którymś wydawnictwie. Natomiast zespół Sparks otrzymał drugie życie pozbawione jakichkolwiek barier muzycznych. Kreatorzy ironicznie uważają, że ich współpraca nie ma racji bytu w utworze Collaborations Don’t Work. Jednak bez wątpienia debiutancki album tego multizespołu jest najzwyczajniej przyjemny dla ucha. Zespoły wzajemnie się inspirują, a także szkolą. Ewidentnie widać w tej płycie nić żelaznego porozumienia.

W albumie z pewnością pojawiają się rzeczy, które mogą być mniej lub bardziej atrakcyjne dla każdego z nas. Jednak to co mnie ujęło w tym albumie jest niepodważalne. Spontaniczność na krążku FFS odwiedza nas z każdej strony. Nie ma momentu w którym można poczuć się znudzonym dźwiękami. Wszystko jest o tyle świeże, że album wpada do głowy i tam zostaje. Krążek ten to kawał sumiennej pracy, ale też wariacji tych dwóch legendarnych zespołów. Zostawiając na chwilę ten album można wysnuć ważną konkluzje. Mianowicie tych muzyków dzielą pokolenia i doświadczenia, ale na pewno nie zamiłowanie do muzyki.

Czytaj również