Foo Fighters to właściwie zespół. Jednak dzieje się tak, że mimo iż są całością, większość kojarzy grupę z jedną osobą. Dave Grohl jest tym, który nadaje tej całości sensu. Jednak wszystko staje się nieistotne, kiedy słyszymy muzykę, jaką nam prezentują. Ostatnio postanowili zaskoczyć wszystkich fanów. W czasie, w którym Polska żyła jeszcze krakowskim koncertem, wyczekiwanym przez tyle lat, oni sprezentowali nam coś nowego – Saint Cecilia. Może to tylko EPka, ale za to jaka!
Istotną częścią nagrań jest fakt, że nie dokonano ich w typowym studiu nagraniowym. Przerobić hotel na studio? Dla Foo Fighters to żaden problem. Hotel Saint Cecilia, w amerykańskim Austin, na kilka dni stał się centrum dowodzenia dźwiękami. Stąd też pochodzi nazwa EPki jak i pierwszego utworu, o takim samym tytule. Kompozycja jest przede wszystkim trafionym singlem, idealnie prezentującym muzykę Foo Fighters. Z początku słyszymy tylko wokal Dave’a oraz gitarę. Po chwili dołącza do niego Taylor Hawkis z dźwiękami perkusji, by po kolejnych ósemkach pojawiła się reszta bandu, a cały utwór nabrał tempa. Melodyjny refren, przerwa na solo gitary i mamy pierwszy hit.
Zaraz po Saint Cecilii czas na kolejny kawałek, który odbiega od swojego poprzednika głównie szybkością. Sean to przede wszystkim charakterystyczny refren. Gdy po rytmicznej zwrotce, w której wkrada się trochę hałasu, utwór na moment staje się minimalnie bardziej delikatny, a główną rolę przejmuje gitara. Bardzo przyjemne dla ucha jest ostatnie 30 sekund, kiedy nie pojawia się już nic, poza muzyką. Szkoda, że kompozycja ma tylko lekko ponad 2 minuty, gdyż nie można się nią wystarczająco nacieszyć, odtwarzając ją jednokrotnie.
Utwory na Sanit Cecilia poukładane są tak, aby stawać się dla słuchacza coraz mocniejsze. Trzecią i jednocześnie najbardziej szaloną kompozycją jest Savior Breath. Zarówno dźwięk gitar jak i perkusji rozpędza się tutaj od pierwszych sekund. Pomimo, że muzycznie nie mam temu kawałkowi nic do zarzucenia, to przeszkadzają mi w nim dwie rzeczy. Mianowicie trochę przesterowany wokal Dave’a i tekst, który jest zbyt prosty i zbyt często powtarzają się w nim te same frazy.
Gdy słuchacz już się rozpędzi, Foo Fighters sprowadzi go z powrotem na ziemię. W tak krótkim materiale, jakim jest Saint Cecilia, zmieścili nawet balladę. Iron Rooster, jak na rockową balladę przystało, to głównie melodyjny wokal i brzdęki gitary w tle. Utwór może i prosty, ale przyjemny w odsłuchu, a co ważne, tekst pozwala, aby na chwilę się nad nim zastanowić.
Ostatnim utworem, który kończy EP’kę jest The Neverending Sigh. Co ciekawe, kompozycja ma już 20 lat! Słyszymy w niej znów sedno muzyki Foo Fighters. Ciekawie brzmiące gitary, rytmiczna perkusja. Zwrotki nieco bardziej spokojne i statyczne niż refreny oraz dopełniający wszystko Dave Grohl, ze swoim nietuzinkowym głosem.
Kiedy kończy się utwór The Neverending Sigh, chciałoby się słuchać kolejnych nowych dźwięków spod znaku Foo Fighters. Jednak pozwolili fanom tylko na 5 świeżych kawałków, którymi zdecydowanie nie rozczarowali. Teraz pozostaje oczekiwanie na longplay, bądź kolejne odcinki Sonic Highways. Może znów zdecydują się na nagranie kolejnych utworów w nieoczywistych okolicznościach? A żeby lepiej zrozumieć meritum Saint Cecilia, polecam przeczytać list Dave’a Grohla znajdujący się na stronie http://www.saintceciliaep.com/. Wtedy cały proces twórczy nabiera większego sensu.



