Florence Welch to obecnie jedna z najbardziej rozpoznawalnych postaci w świecie muzyki. Jej postać dosyć szybko wpisała się we współczesny dyskurs popkulturowy. Artystka zawdzięcza to przede wszystkim swojemu niezwykłemu wokalowi, ale także barwnym, ekscentrycznym stylizacjom, w których z łatwością łączy elementy vintage i kreacje znanych marek. Faktem pozostaje jednak, że każdy kiedyś debiutował. Florence i jej Maszyna wystartowała już blisko sześć lat temu. Większość miłośników Brytyjki czeka właśnie na nadchodzącą premierę trzeciego wydawnictwa. Na przekór temu, wziąłem pod lupę krążek debiutancki, który kilka lat temu narobił sporego zamieszania.
Album otwiera utwór, będący nie tylko wizytówką samej płyty, ale również flagowym numerem zespołu. Dog Days Are Over słyszał chyba każdy. Trudno bowiem przejść obojętnie obok tej piosenki. Jest tak przeładowana pozytywnymi emocjami, że nie sposób nie potupać nóżką czy zanucić kilka wersów. Florence czaruje swoim mocnym głosem, który – zaryzykuję stwierdzenie – żyję swoim własnym życiem. Wydaje Ci się, że szczęście jest daleko? Nic bardziej mylnego. Musisz jedynie włączyć ten kawałek. Szalona, zwariowana i chwytliwa melodia – tyle wystarczy, aby się uśmiechnąć.
Zespół stwierdził, że jedna pozytywna piosenka na debiutanckiej płycie to za mało i stworzył cały album, pełen optymistycznych dźwięków. Lungs jest bowiem kopalnią radości, a słuchając krążka wydawać by się mogło, że oddychasz szczęściem. Rabbit Heart (Raise It Up) z zachwycającym refrenem, zadziorne i nieco punkowe Kiss With A Fist to jedynie dwa przykłady (z wielu) utworów, świetnie oddających klimat płyty. Słychać na niej też wiele wpływów innych. Artystka krąży pomiędzy dźwiękami inspirowanymi muzyką Kate Bush czy Tori Amos.

Utworem wyróżniającym się jest Bird Song. To jeden z najciekawszych muzycznych akcentów na debiutanckim krążku. Wrażenie robi tu przede wszystkim strona liryczna, która wydaje się, iż została stworzona przez Welch tak, aby tekst można było interpretować w dowolny, pożądany przez siebie sposób. Zespół wyróżnił utwór i jako jedyna pozycja na albumie, doczekał się wprowadzającego intra. I to nie byle jakiego. Piękna, wielowarstwowa fuzja dźwięków sprawia, że melodia ta kojarzy się nieco bajkowo, magicznie, jakby nie z tego świata. Tak właśnie powinna działać muzyka na słuchacza. Świetna robota.
Florence i jej debiutująca Maszyna pokazali się też z mocniejszej strony. Mroczniejsze i groźniejsze wcielenie artystki dostrzega się niewątpliwie w dźwiękach Drumming Song. Mocny instrumentalny beat, w którym słychać m.in. bębny, organy, gitarę basową, a nawet harfę – instrument bliski Florence od najmłodszych lat.
Siłą muzyki panny Welch są emocje, potęgowane bogatymi i niekiedy wręcz magicznymi aranżacjami. Wzniosły i oryginalny wokal dopełnia zgrabnie całość utworów. Często działa niczym tykająca bomba – wpierw delikatny i subtelny, by chwilę później uderzyć jak dzwon. Moc tego śpiewu słychać w utworze Girl With One Eye, gdzie początkowo spokojna Florence, finalnie wybucha, prezentując swoją nieprzeciętną skalę głosu. Piosenka przepełniona jest ascetycznymi, surowymi dźwiękami gitary, świetnie budującymi napięcie.
Howl to kolejna interesująca propozycja, która z powodzeniem mogłaby zasilić tracklistę drugiego albumu zespołu Ceremonials. Piosenka wpasowuje się idealnie w klimat następcy Lungs, pełnego magicznych, nostalgicznych i nieco mrocznych brzmień. Podobne odczucia mam względem Howl – oszalałe, pulsujące bębny, sprawiają, że atmosfera utworu jest tajemnicza i trochę niepokojąca.
Czy jest ktoś, kto nie słyszał You’ve Got The Love? Utwór był swego czasu bardzo popularny i stał się jednym ze sztandarowych utworów zespołu. Mało kto jednak wie, że utwór oryginalnie wykonali blisko 15 lat temu – The Source i Candi Staton. Florence and The Machine dokonali czegoś niezwykłego. Nie tylko zrobili świetny cover dawnego hitu, ale nagrali go w taki sposób, że brzmi w zasadzie, jak ich piosenka. Ciekawa aranżacja, pełna typowych dla artystki muzycznych ozdobników, jak np. harfa.
Najlepsze na koniec. Mowa o utworze Cosmic Love – będący głównym powodem dla którego Florence + The Machine stali się dla mnie bliscy. Miłość od pierwszego wejrzenia. Bakcyla złapałem już od początkowych dźwięków piosenki, słysząc ją po raz pierwszy około cztery lata temu. Od tamtej pory, wiernie kibicuję Welch i jej Maszynie – tak sprawnie działającej, że nie mogę doczekać się premiery How Big, How Blue, How Beautiful. Cosmic Love to kwintesencja tego, co oferuje nam debiutanckie dzieło zespołu. Piękne, magiczne odgłosy harfy sprawiają, że romantyczny klimat utworu jest odczuwalny jeszcze mocniej. Kapitalna kompozycja i mój ulubiony utwór zespołu.
Lungs było jednym z najbardziej oczekiwanych debiutów ostatnich lat. Zdobycie przez Florence prestiżowej nagrody Brits Critics’ Choice Award na samym początku 2009 roku, sprawiło, że oczekiwania względem londyńskiego zespołu wzrosły. Nie przeszkodziło to jednak artystce w nagraniu debiutu tak barwnego i unikatowego. Za pomocą swojego imponującego wokalu, Florence Welch przedstawiła nam kompozycje naładowane emocjami, pełne chwytliwych melodii i różnorodnego instrumentarium. Sprawiła, że jej bajkowy i zwariowany świat Lungs pokochały miliony, a jeśli wciąż kogoś nie przekonała – dajcie jej drugą szansę. Nie pożałujecie, bo jak sama Florence twierdzi: muzyka jest rodzajem magii, która unosi Cię w górę i zabiera gdzieś indziej.



