Florence + The Machine – How Big, How Blue, How Beautiful (2015), recenzja Michała Pietruszki

Prawie cztery lata trwała muzyczna posucha w obozie tej rudowłosej wokalistki i jej maszyn z Wysp Brytyjskich. Od wydania majestatycznego Ceremonials zespół nie dzielił się z fanami żadnym nowym materiałem. Było co prawda akustyczne wydawnictwo w partnerstwie z MTV, kilka coverów czy oryginalny, świetny zresztą, singiel Over the Love na potrzeby ekranizacji The Great Gatsby, ale fani i tak z wypiekami na twarzy czekali na nowy rozdział w karierze Florence+The Machine. Wkraczają oni w zupełnie nowy etap i nie zamierzają osiąść na laurach – How Big, How Blue, How Beautiful nie jest kontynuacją żadnego z dwóch poprzednich krążków. To autonomiczna, imponująca całość.

Bohaterów owej recenzji nie trzeba chyba nikomu przedstawiać. Ich dwa poprzednie albumy wydane kolejno w 2009 i 2011 roku okazały się sukcesem także poza ich rodzimym krajem wynosząc ich na piedestał indie-rockowej sceny. Debiutanckie Lungs wspięło się na szczyt UK Charts i sprzedało się w prawie sto tysięcznym nakładzie w pierwszym miesiącu sprzedaży. Podobnie stało się z Ceremonials, lecz oprócz szczytu brytyjskiej listy album ten również całkiem nieźle poradził sobie na amerykańskiej liście Billboardu. Oba krążki przyniosły im niezliczoną liczbę nagród.

W przeciwieństwie do poprzednich dwóch krążków, głównym producentem został nie Paul Epworth (na HBHBHB udziela się jedynie w ostatnim kawałku), a Markus Dravs. Wybór ten nie jest przypadkowy, ponieważ to właśnie on pracował z Björk nad jej Homogenic (1997), który wywarł duży wpływ na kierunek kariery panny Welch. To on również wydał się jej najbardziej odpowiedni aby pomóc wyrazić artystce zarys całego materiału. Albowiem Florence, zmęczona hermetycznym światem fantazji i iluzji tym razem opiera premierowe numery na rzeczywistych, przyziemnych doznaniach. W przerwie pomiędzy tym a poprzednim albumem, z dala od medialnego szumu, zaczęła zastanawiać się nad przyszłością. I jak mówi sama zainteresowana, nowy album jest o próbie nauki jak żyć, jak kochać świat, zamiast starać się z niego uciec.

Każdy z albumów Florence + The Machine to inna opowieść: debiutanckie Lungs było nieco chaotycznym zapisem propozycji zespołu dowodzonego przez nieokrzesaną rudą wokalistkę jeszcze sprzed międzynarodowego sukcesu, Ceremonials z kolei to w pełni przemyślany, spójny album koncepcyjny z Florence jako świadomą, pełną gracji damą , a How Big, How Blue, How Beautiful to… No właśnie, co grupa zaprezentowała nam na trzecim albumie?

Materiał otwierają dwie energetyczne kompozycje What Kind of Men oraz Ship to Wreck, z którymi mieliśmy okazję zapoznać się jeszcze przed premierą całości. Pierwsza z nich, wybrana na przewodni singiel z krążka, wzbudziła niemałe zdziwienie wśród nie tyle fanów zespołu, ale także w całym muzycznym środowisku. Florence na początku delikatnym głosem rysuje nam sytuację liryczną – jest ona w separacji z człowiekiem, który wydaje się być niezdecydowanym co do jego życiowych wyborów. Mimo jego nieodpowiedzialności ona jest ciągle do niego przyciągana, przez jakąś niewidzialną siłę, której początkiem był jeden pocałunek (And with one kiss/You inspired a fire of devotion). Bohaterka powoli traci zmysły, wydaje się być zawieszoną pomiędzy niebem a ziemią, czego muzycznym skutkiem jest wprowadzenie epickiego, nieco agresywnego gitarowego riffu i święcących triumfy ostatnimi czasy dźwiękami instrumentów dętych. Jestem przekonany, że nikt nie zakończył pierwszego spotkania z What Kind Of Men na jednym odsłuchu. Kawałek jest tak dobrze skonstruowany technicznie, tak idealnie urozmaicony, że nikt nie przejdzie koło niego obojętnie. A ostre gitarowe wstawki to przecież nie nowość patrząc na cały repertuar Brytyjczyków. Pojawiły się one przecież już w m.in. Kiss With A Fist z debiutanckiego albumu.

Wspomniany Ship To Wreck również przynosi nową jakość. Już pierwsze dźwięki sprawiają, że trudno złapać oddech. Jest on połączeniem tekstu w starym, dobrze znanym nam z poprzednich płyt stylu z nowoczesnym aranżem i charakterystycznym motywem w refrenie. To właśnie ten upbeatowy podkład czyni ją najbardziej popową, wpadającą w ucho i trafiającą do komercyjnego słuchacza propozycją. To w pewnym sensie zabawa, chęć zerwania z dotychczasowo przyjętą konwencją. O tytuł najbardziej radiowej piosenki mogłaby zawalczyć również Delilah, ale to jednak kompozycja nie tak schematyczna, bogata w różne nastroje. Pierwsza zwrotka wypełniona uduchowionym głosem Florence wokół minimalistycznego instrumentarium przywołującego na myśl klimaty z Ceremonials przechodzą dalej w szalone, nieco stadionowe rytmy teleportowane wprost z lat 60. Lecz gdy jesteśmy pewni, że już nas w tej propozycji nic nie zaskoczy, maszyny odpalają w moście swoje masywne, pulsujące gitary. Efekt robi wrażenie.

Nie brakuje jednak na następcy Ceremonials delikatniejszych brzmień. W przeciwieństwie do dwóch poprzednich okładek, z frontu płyty HBHBHB Florence spogląda na nas już nie ukradkiem, nie odwraca wzroku, a mierzy się z kamerą z otwartymi oczami. Poczucie wolności i wewnętrzny spokój usłyszymy między innymi w St.Jude oraz Various Storms & Saints. Producent Markus Dravs w wielowarstwowych aranżacjach zadbał o wyeksponowanie nie tylko bogatych orkiestrowych podkładów, ale także fantastycznego wokalu Florence. A patrząc na panoramę repertuaru Maszyn, to głos wokalistki był i jest nadal najmocniejszym elementem – raz urzeka nas swoją prostotą by już za minutę wcisnąć słuchacza w fotel i zachwycić swoją siłą. Za to przecież miliony fanów na całym świecie pokochali rudowłosą Angielkę. Wracając jednak do premierowych kawałków, tytułowa pozycja, której inspiracją było 'wielkie, niebieskie, piękne’ niebo nad Los Angeles, po raz wtóry wykorzystuje pod koniec podniosłe, niemal wzlatujące gdzieś w przestrzeń trąbki. Usłyszmy je jeszcze w m.in. Queen of Peace i Third Eye. Ta druga oczywiście ma nam do zaoferowania o wiele więcej – z każdym odsłuchem odkrywamy w niej ukryte smaczki pomiędzy kolejnymi wersami tekstu.

Nutką nostalgii zaznaczony jest nieco gospelowy, subtelny utwór Caught. Lecz zaraz po nim Third Eye wypełnia tą energetyczną przerwę. To właśnie takie potężne brzmienia zagwarantują zespołowi tłumy na ich najbliższych koncertach. Wcale się nie zdziwię, jeśli zostanie on kolejnym singlem. Takich dźwięków po prostu chce się słuchać. A jeśli o koncertach mowa, to na setliście z pewnością nie zabraknie kompozycji Queen Of Peace, której nie można odmówić niezwykłej chwytliwości i tego charakterystycznego, magicznego czynnika sprawiającego że nie sposób nie wcisnąć na odtwarzaczu i tak zdartego już przycisku replay. Lekko bluesowe, do cna psychodeliczne Mother z przewijającym się gdzieś basem z kolei świetnie zamyka wersję podstawową materiału.

Na How Big, How Blue, How Beautiful Florence i jej Maszyna ewidentnie zmieniają swój wizerunkowy i stylistyczny azymut, nie przekraczając jednakże granicy przesadnego eksperymentowania. Zaprezentowane na krążku propozycje, przez ich harmonijną różnorodność, ujawniają muzyczny kunszt, wyczucie i niezwykły talent angielskich muzyków. Powiew świeżości, który da się odczuć przy większości premierowych utworów oraz przewijające się relikty z poprzednich płyt sprawiły, że ich trzeci krążek jest najbardziej nośnym z dotychczasowych dokonań.

Czytaj również