Fleur East – Love, Sax and Flashbacks (2015), recenzja Pawła Markiewicza

Wygląda jak Whitney Houston, włosy ma po Elli Eyre i rusza się jak Beyonce. Jeśli po tym krótkim opisie na myśl przyszła Wam Fleur East, to punkt dla Was. Od udziału w brytyjskiej edycji programu The X Factor minął rok, a artystka debiutuje na rynku albumem Love, Sax and Flashbacks. Jednak nim zaczniecie czytać recenzję… YOU BETTER PLAY THAT SAX.

Tak naprawdę kariera Fleur East nie zaczęła się po jedenastej edycji programu The X Factor UK – tak jak większość z Was myśli, tylko dziewięć lat wcześniej. W 2005 r. artystka wraz ze swoimi koleżankami wystartowała w drugiej edycji wyżej wspomnianego talent show. Następnie w 2012 roku Fleur dołączyła do wytwórni Strictly Rhythm i wydała taneczny utwór Turn It Up z DJ’em Freshem. Piosenka ta znalazła się na trzeciej płycie artysty zatytułowanej Nextlevelism. W 2014 r. Fleur postanowiła po raz kolejny zmierzyć się z programem, tym razem solo. Wokalistka trafiła pod skrzydła Simona Cowella i zyskała sympatię milionów Brytyjczyków.

Cały szum wokół East na nowo zaczął się 6 listopada 2015 r. Tego dnia Fleur wydała pierwszy oficjalny singiel Sax. Początkowo byłem sceptycznie nastawiony do tej artystki, ponieważ w The X Factor nie przekonała mnie do siebie, ani osobowością, ani głosem. Zdanie zmieniłem po odsłuchaniu tego utworu. Jeden z najbardziej tanecznych i pozytywnych kawałków jakie ostatnio słyszałem. Wraz z drapieżnym głosem Fleur, Sax to naprawdę energetyczny kop. Piosenka brzmi trochę podobnie do Uptown Funk, jednak dopiero prawdziwa inspiracja hitem Ronsona zaczyna się przy Gold Watch. Niemalże idealnie takie same chórki, wstęp i melodia. Myślałem, że East postawi na oryginalność, a nie zacznie kroczyć wydeptanymi ścieżkami. Tak czy siak, mimo, że inspiracje widać jak na dłoni, to Sax i Gold Watch to naprawdę ciekawe kawałki.

Ciekawe rzeczy dzieją się w Love Me or Leave Me Alone. Tak naprawdę wszystkiego jest tutaj dużo, a i tak nie czuję przesytu. Jedynie załamuje mnie, że po mocno energicznym wstępie dostajemy jakże nudną zwrotkę i refren. Cały utwór ratuje wers z rapem, który jest po prostu obłędny. Pełen szacunek za flow i brawa dla producentów za końcówkę piosenki. W sumie Love or Leave Me Alone po lekkich poprawkach mógłby zostać wydany na kolejny singiel.

Przez pewien czas nie mogłem kontynuować dalszego przesłuchiwania płyty, bo uzależniłem się od Kitchen. Zdecydowanie jedna z najlepszych, jak nie najlepsza kompozycja na Love, Sax and Flashbacks. Chwytliwa melodia, dość specyficzny tekst, charyzmatyczny głos Fleur i ten rap, który za każdym razem mnie zachwyca.
W opozycji do tego utworu staje Over Getting Over, w którym zupełnie nic mi się nie podoba. Nudna melodia, drażniący refren – mam wrażenie, że artystka próbuje przekrzyczeć muzykę i nawet te sporadyczne chórki działają mi na nerwy. Z każdym odsłuchaniem nabieram jeszcze większej niechęci do tej piosenki.

W trakcie słuchania płyty miałem wrażenie, że nagle włączył mi się jakiś nowy singiel Jessie J. Mówię o utworze Never Say When… Jeśli mi nie wierzycie, to sami go odpalcie i zobaczycie, że Fleur tutaj brzmi jak Cornish. Piosenka sama w sobie jest dość nudna. Nic specjalnego się w niej nie dzieje, ciągle ten sam głos i ta sama melodia. Spodziewałem się czegoś lepszego.

Na wersji rozszerzonej znalazły się dwa covery. Jeden do Uptown Funk, drugi do Girl on Fire. Nowa aranżacja hitu Bruno Marsa i Marka Ronsona do mnie nie przemawia, jednak Girl o Fire skłania do pytania czemu Fleur nie nagrała żadnej autorskiej ballady? Jej głos jest specyficzny, jednak w przeboju Alici Keys wypada świetnie. Zamiast miałkich i nudnych piosenek East mogła nagrać chociażby dwie ballady i album wtedy zyskałby na wartości i podniósł swoją wartość w moich oczach.

Czytaj również