Ich dwa poprzednie krążki skradły serca krytyków. Muzycy Fleet Foxes zrobili sobie jednak długą przerwę, a z zespołem pożegnał się robiący dziś niezłą solową karierę Josh Tillman, czyli Father John Misty. Lidera grupy Robina Pecknolda dopadł niemały kryzys twórczy. Co pomogło mu wrócić na właściwe tory? Podobno zapiski jednego z najsłynniejszych amerykańskich pisarzy. Wena powróciła i pozwoliła stworzyć album Crack-Up. Udany? Sprawdźmy.
Artystyczna niemoc to zmora każdego twórcy. Pojawia się znienacka i bywa niezwykle problematyczna. Często dotyka artystę mocno zaangażowanego, pracującego od wielu lat na najwyższych obrotach. Dokładnie to spotkało Robina Pecknolda. Słynący ze swojego niskiego oraz eterycznego wokalu muzyk poczuł na własnej skórze, co oznacza zmęczenie. Lata pełne muzyki, wywiadów i intensywnych tras koncertowych zrobiły swoje. Trzeba było w końcu złapać oddech. Indie folkowy band zawiesił na dłuższy czas działalność, a wypalony lider skupił się na sobie i swojej edukacji. Powrócił na studia na nowojorski Uniwersytet Columbia.
Tam najprawdopodobniej trafił na kolekcję esejów autorstwa F. Scotta Fitzgeralda, słynnego amerykańskiego pisarza pierwszej połowy XX wieku i autora m.in. Wielkiego Gatsby’ego. Dzieło Amerykanina opowiadające o gorszym momencie w życiu oraz upadku człowieka podobno mocno wpłynęło na Pecknolda i było początkiem drogi w kierunku albumu Crack-Up.
Inspiracja pracami Fitzgeralda jest wyraźnie zauważalna. Na trzeciej płycie Fleet Foxes mamy do czynienia z niełatwą, często zagadkową warstwą liryczną pełną niepokoju, żalu, głębokich rozterek na temat sensu życia. Pojawiają się odniesienia do wojny secesyjnej, greckiej mitologii, starożytnego Egiptu czy filozofii Cycerona. Nie brakuje też wielu pytań, na które słuchacz będzie musiał spróbować odpowiedzieć sobie sam.
Płyta od strony muzycznej to po prostu kawał solidnego indie folku z wyraźnie zaznaczonymi mocniejszymi akcentami. Przy pierwszych odsłuchaniach zawartość krążka może jednak nieco przytłaczać. W warstwie dźwiękowej dzieje się bowiem sporo i potrzeba nieco więcej czasu, aby zapoznać się z każdym elementem tej układanki. Znany ze swoich pięknych harmonii wokalnych oraz urokliwego brzmienia zespół kontynuuje swoją artystyczną drogę, ale robi wszystko dużo świadomiej. Tak przynajmniej można wywnioskować po albumowych melodiach. Instrumentarium jest zdecydowanie bogatsze, a Fleet Foxes nie boją się w wielu momentach zaprezentować bardziej dynamicznych, głośniejszych dźwięków (Third of May / Ōdaigahar czy otwierające I Am All That I Need / Arroyo Seco / Thumbprint Scar). Gitary odwalają naprawdę dobrą robotę.
Głos Pecknolda to jeden z najważniejszych punktów nie tylko tego albumu, ale całej twórczości amerykańskiego bandu. Delikatny, często niemal szepczący wokal lidera buduje niebywałą atmosferę dzieła – mieszankę nostalgii, enigmy i emocjonalności. Typowo folkowe – Naiads, Cassadies, Kept Woman czy If You Need to, Keep Time on Me wprowadzają interesującą melancholię, od której wręcz trudno się oderwać. Lekka depresja gwarantowana. Za to On Another Ocean (January / June) to świetny przykład, jak pięknie można zbudować magiczny klimat. Spokojny, fortepianowy początek stopniowo przeradza się w zupełnie inną melodię z gitarą w roli głównej. Warto posłuchać tej kompozycji do końca.
Okazuje się, że tak długa przerwa świetnie podziałała na Fleet Foxes. Przewietrzenie umysłu dało Robinowi Pecknoldowi prawdziwego artystycznego kopa. Choć płyta Crack-Up czasami ciągnie się oraz może nużyć, to jest niezwykle dojrzałym i kolejnym krokiem naprzód. Miło, że Amerykanie odważnie pobawili się z wieloma instrumentami, spróbowali zupełnie nowych dla siebie dźwięków i nie bali się zmienić tempa. Jest dobrze, naprawdę dobrze.


