Fink – Hard Believer (2014), recenzja Zuzanny Janickiej

Chyba po raz pierwszy w mojej recenzenckiej karierze zdarzyło mi się, że wyrzuciłam prawie pół tekstu do kosza. Sprawcą tego zamieszania jest brytyjski wokalista i muzyk Fink, który powrócił w tym roku ze swoją nową płytą Hard Believer. Czemu na wpół gotowa recenzja nie ujrzy nigdy światła dziennego? Bo była jednym wielkim słowotokiem, chaotyczną laurką, listem miłosnym, odą do muzyki Finka. Zasługujecie na tekst bardziej poukładany i nie charakteryzujący się powtarzanym co chwilę słowem cudowne. To jak? Próbuję raz jeszcze ubrać w słowa to, co czuję do muzyki tego niepozornego Brytyjczyka.

Hard Believer, piąta studyjna płyta Finka, jest następcą wydanego w 2011 roku albumu Perfect Darkness. To właśnie ten krążek sprawił, że poznałam i szybko pokochałam twórczość brytyjskiego artysty. Perfect Darkness to płyta perfekcyjna, doskonała, olśniewająca. Nieco mroczna i smutna, ale zamykająca album piosenka Berlin Sunrise potrafi wprowadzić w dobry nastrój i dać nadzieję na lepsze jutro. Warte uwagi są również poprzednie albumy Finka. Polecam szczególnie eksperymentalne (w porównaniu do ekstremalnie minimalistycznych i skromnych Biscuits For Breakfast i Distance and Time) Sort of Revolution, na którym czarują takie utwory jak Move On Me czy Six Weeks.

Hard Believer, podobnie jak poprzednie albumy Finka, zawiera małą liczę piosenek. Co to jest dziesięć kompozycji? Na szczęście artysta ponownie sprawił, że nawet przez moment nie czujemy ani zmęczenia materiałem, ani niedosytu.

Piosenki sporo by straciły, gdyby powędrowały do innego wokalisty. Obdarzony głębokim, hipnotyzującym głosem Fink jest obecnie posiadaczem najpiękniejszego męskiego wokalu. Podoba mi się to, jak potrafi nim manipulować, co na pierwszych dwóch płytach wychodziło mu po japońsku – jako tako. Raz śpiewa nieco groźnie, innym razem delikatnie. Za każdym razem powodując, że przechodzą mnie ciarki.

Niezapomniane pięćdziesiąt minut z albumem Hard Believer zapowiada już pierwsza piosenka. Rolę utworu, która otwiera krążek i ma zachęcić słuchacza do dalszego wsłuchiwania się w kompozycje, przyjęło na siebie nagranie tytułowe. Numer ten porywa od pierwszych dźwięków gitary. Jest bardzo prosty, ale efektowny. A przede wszystkim się nie nudzi, choć przez cały kawałek przewija się jedna melodia. Kawał dobrego, bluesowego grania. Mniej surowo jest w Green and the Blue. Pierwszy z kolorów, jak zapewne wiecie, symbolizuje nadzieję. Drugi – smutek. Połączenie tych dwóch barw dało niezwykły efekt – piosenkę nieco smutną i melancholijną, ale bardzo emocjonalną. Charakteryzującą się pięknymi smyczkami.

Szybko pokochałam spokojne Shakespeare, opowiadające o miłości. Piosenka ta rozkręca się powoli, płynnie przechodząc do najbardziej zachwycającego momentu, który to następuje po upływie czterech minut. Muzyka gra nieco szybciej i głośniej, a gitarę akustyczną zaczyna zagłuszać elektryczna. Cały czas jednak Shakespeare należy do najcieplejszych kawałków na Hard Believer. Inaczej określiłabym nieco mroczne, powolne Two Days Later czy mocne, brudne i garażowe White Flag.

Wymienione w tych dwóch krótkich akapitach piosenki należą do tych nagrań z nowego albumu Finka, które pokochałam miłością szczerą i czystą. Pozostałe pięć również robią na mnie dobre wrażenie. Polecić mogę siedmiominutowy kawałek Pilgrim, którego brzmienie podrasowane zostało przez klawisze. Dobrze prezentuje się również melodyjne Truth Begins, którego refren świetnie nadaje się do chóralnego odśpiewania przez fanów na koncertach. W ucho wpada również prosty, nienarzucający się singiel Looking Too Closely, osadzony w indie rockowych klimatach. Warto posłuchać również dwóch ostatnich piosenek z albumu Hard Believer. Too Late czaruje momentami podniosłą atmosferą i kojarzyć się może z dokonaniami Coldplay. Keep Falling, którego melodia oparta jest na swobodnych dźwiękach wydawanych przez gitarę akustyczną, pełni podobną funkcję, co kończące przygodę z Perfect Darkness nagranie Berlin Sunrise – ociepla chłodny nastrój, który wprowadziło kilka poprzednich kawałków, i jest popisem wokalnych możliwości Finka.

Raz na jakiś czas zdarzają się artyści, którzy po prostu nie zawodzą, których każdą kolejną płytę włącza się z uśmiechem na ustach i bez nerwów, że coś mogło pójść nie tak. Fink po raz kolejny prezentuje album, o którym powiedzieć, że jest tylko dobry, to bluźnierstwo. Słuchając czy to starszych, czy zupełnie świeżych piosenek Brytyjczyka przenoszę się do innego, lepszego świata, a kiedy wybrzmiewają ostatnie takty utworu zamykającego jakiś z jego albumów, moje palce natychmiast zaczynają błądzić w poszukiwaniu przycisku replay. Piąty krążek Finka, Hard Believer, sprawił, że stanął przede mną spory dylemat odnośnie wybrania tej najlepszej płyty w jego dyskografii. Sort of Revolution, Perfect Darkness czy właśnie Hard Believer? Zawsze chciałabym mieć takie kłopoty. Cudownych albumów nigdy dosyć.

Czytaj również