Fall Out Boy – M A N I A (2018), recenzja Dominiki Mrówczyńskiej

2
306

MANIA – taki właśnie tytuł nosi najnowsze wydawnictwo grupy Fall Out Boy. Siódmy w dorobku longplay zespołu jest nazwany prawie adekwatnie do tego, co się na nim dzieje. Bowiem chłopcy dostali chyba „manii”, aby ukierunkować swoją twórczość w klimat totalnie odległy od tego, za co pokochali ich fani. Powiem tak, jak chcemy potańczyć w klubie, albo samochodzie, niekoniecznie wysilając swoje gardło i wykorzystując długość włosów, MANIA będzie do tego idealnym kompanem. Ale od początku…

Pamiętacie jeszcze takie utwory jak Dance, Dance, Thnks fr th Mmrs, czy nawet Alone Together? Jeśli tak, to pamiętajcie je dalej, gdyż grupa Fall Out Boy diametralnie zmieniła tory swojej muzyki. Jeszcze względnie niedawno, bo 5 lat temu w ich dorobku znalazł się krążek zatytułowany Save Rock and Roll. Chłopcy, chyba doszli do wniosku, że ta sztuka im się nie uda… a „Jak już tyle osób nas zna, to zróbmy coś mainstreamowego”. Tak mainstreamowego, że bardziej się nie da. Może własnie taka myśl urodziła się w głowach tych czterech amerykańskich muzyków.

Już na krążku American Beauty/American Psycho, było słuchać, że chłopcy idą w kierunku innego grania. Elektronicznego, ale nadal zahaczającego o rock, emo-rock, czyli to co wychodziło im bezbłędnie. Na MANII obdarowali nas jedynie popem, rnb, czy niestety EDM. To właśnie tych gatunków znajdziemy na krążku najwięcej. Zaczynając od pierwszego singla Young and Menace, widzimy ukierunkowanie FOB w elektronikę. W przypadku tego utworu jest to nawet przyzwoicie dobre. Później wita nas Champion, popowy kawałek, powiedzmy wpadający w ucho. Idealny aby trafić na główne radiostacje muzyczne. Niestety potem zaczynają się schody. Stay Frosty Royal Milk Tea – już sam tytuł mówi, że coś z tą piosenką będzie nie tak. Wyobraźcie sobie po prostu pierwszy z brzegu dance’owy kawałek, który słyszycie mainstreamowych radiostacjach, dodajcie do tego szczyptę rytmy w postaci bębnów (tutaj akurat chwała im za to, że są) i otrzymacie dokładnie to czym jest ta kompozycja.

Numer 4 krążka to Hold Me Tight Or Don’t, gdzie uwaga… przenosimy się do krajów arabskich! Żeby nie to, że Patrick Stump nadal potrafi momentami zaśpiewać zadziornym głosem, to kawałek spokojnie możemy włożyć w sekcję „arab music” i nigdy więcej nie chcieć tego słuchać. Tutaj na szczęście na pomoc przychodzi The Last of The Real Ones. Może nie jest to rock, nawet emo-rock, ale chociaż bliżej temu do względnego pop-rocka. Jednym słowem jeden z niewielu utworów, których na tej płycie da się słuchać. Wilson (Expensive Mistakes), czyli całkiem znośny pop. Jednak trochę zbyt płytki i mało ambitny, żeby włożyć go w pozytywną stronę tego longplaya.

Tak… ponad połowa płyty za nami, a tutaj pozytywnych akcentów prawie nie ma. I niezbyt łatwo będzie je znaleźć w Church. Poza tym, że kompozycja znów należy do tych, których po prostu da się wysłuchać. Chociaż przepraszam! Ten chór w tle w refrenie… Ale rozumiem, przenosimy się do kościoła. Zbliżając się do końca przebrniemy jeszcze przez Heaven’s Gate. Tutaj uwaga – chłopcy z Fall Out Boy usiłowali pobawić się w Alicie Keys (przyjrzyjcie się kompozycji Keys – Fallin’ :) ). Wyszło im to marnie, ale ballada r’n’b odhaczona.  A jak myśleliście, że to koniec mixu muzycznego, który znajdziemy na MANII to jesteście w błędzie. Reggae w wykonaniu FOB? Czemu nie. Tzn… właściwie to NIE! Sunshine Riptide, jest jakimś oderwanym od rzeczywistości tworem. Na szczęście na sam koniec krążka z pomocą przychodzi Bishops Knife Trick. Trick jest taki, że utwór jest po prostu przyjemny dla ucha, w czym pomaga mu przede wszystkim gitara.

Przesłuchując krążek MANIA można dojść tylko do jednego wniosku, Fall Out Boy nie ocalili rock and rolla, tak jak obiecali nam to kilka lat temu. Zamiast tego sami nagrali krążek wart tylko mainstreamu – i to niekoniecznie tego z najwyższej półki.

2 KOMENTARZE

  1. trochę oderwana od rzeczywistości ta recenzja…
    może zamiast rozpamiętywać przeszłość i porównywać z teraźniejszością warto spojrzeć na to wydawnictwo pod kątem aktualnej konkurencji? dużo można MANII zarzucić, ale na pewno nie ma tam 7 tragicznych utworów i tylko 3 w miarę słuchalnych.
    Church tekstowo jest naprawdę dobre, z resztą cały utwór jest naprawdę wyjątkowy. Champion stoi obok pop-rocka bardziej niż The Last…. i brzmieniowo stoi gdzieś pomiędzy Save Rock And Roll i AB/AP… eksperymenty w HOLD ME… i Heaven’s Gate również można zaliczyć do udanych. pierwszy śmiało mógłby trafić chociażby na ostatnią płytę Panic! At The Disco a Heaven’s Gate mogłaby umieścić w swojej dyskografii SZA.
    cały album z pewnością nie zasługuje na ocenę 4/10… artyści muszą się rozwijać, a to że nie rozwijają się tak jak sobie recenzent zażyczył nie powinny mieć aż tak wielkiego wpływu na odbiór…

  2. O nie, jaka ta recenzja jest denna. Aż przykro się czyta :( Gdzie „Stay Frosty Royal Milk Tea” jest dance’owy? „HOLD ME…” prędzej ma hiszpańskie rytmy niż arabskie. A „Sunshine Riptide” nie ma nic wspólnego z reggae. Generalnie dla mnie płyta udana a autorka recenzji traktuje chyba tylko jako rockową muzykę piosenki FOB kropka w kropkę podobne do tych z FUTCK czy starszych albumów.

Możliwość dodawania komentarzy nie jest dostępna.