Rok 2013 zdecydowanie należał do Eweliny Lisowskiej. Obok kilku innych polskich gwiazd to ona najjaśniej świeciła na niezliczonej liczbie festiwali, równie pokaźnej liczbie plenerowych koncertów, ale co najważniejsze królowała w radiach, które jak objęte marazmem grały single z jej debiutanckiego albumu. Od razu została postawiona w niemal jednym rzędzie z Dawidem Podsiadło, który ogólnopolski rozgłos zyskał również dzięki polskiej edycji 'X Factora’, zresztą zarówno Ewelina jak i Dawid wzięli udział w edycji drugiej tego talent-show. Na drugi solowy materiał artysty musimy jeszcze trochę poczekać, natomiast następcę Aero-Planu możemy posłuchać już dziś.
Insanity: doing the same thing over and over again and expecting different results (pol.Szaleństwem jest robić wciąż to samo i oczekiwać innych rezultatów) – mówił Albert Einstein. I słuchając Nowych Horyzontów trudno oprzeć się wrażeniu, że przed wejściem do studia nagraniowego Ewelinie przyświecały właśnie te słowa. Na najnowszym wydawnictwie wokalistki albowiem daremno szukać możemy kontynuacji jej rockowego debiutu sprzed półtora roku, który mimo mocnych jak na tak drobnej postury dziewczynę kawałków nie sprostał oczekiwaniom wielu jej fanów, spragnionych dźwięków z EP-ki wydanej z zespołem Nurth jeszcze przed przygodą z TVN-wskim programem. Mimo dobrych kontaktów z wielbicielami Ewelina nie dała przekonać się na jeszcze bardziej rockową płytę, a wręcz nieco ucierając nosa marudom, jak to ogłaszał jej oficjalny fanclub możemy znaleźć tu wszystko oprócz rocka. A że z rockowym brzmieniem mi nie po drodze, więc bez jakichkolwiek oczekiwań i uprzedzeń przystąpiłem do odsłuchu nowych propozycji pani Lisowskiej.
O ile Aero-Plan był stricte rockowym albumem, a kawałki na nim były tworzone pod charakterystyczny głos Eweliny, to na Nowych Horyzontach sytuacja jest dokładnie odwrotna: istna hybryda gatunków muzycznych zamknięta w 10 kawałkach (bez Intra) gra tutaj główną rolę, głos artystki w pewnych momentach wydaje się być zagubiony, choć zwrócić uwagę trzeba na jeszcze jedną kwestię, a zarazem pochwalić Lisowską. Wykonała ona bowiem od swojego wydawniczego debiutu ogromną pracę nad swoim wokalem, co ewidentnie słychać: bezradnie już nie wykrzykuje ona wyższych partii, w niższych jest raz drapieżna, raz uwodzicielska, a raz zarażająca wręcz energią i operująca niesamowitym flow. Najlepiej słychać to w jedynej balladzie pt. Szkło, którą nazwałbym nijaką, gdyby właśnie nie szlachetny i lekko zachrypnięty wokal uczestniczki X Factora.
Pozytywnie wypada również otwierające całość Intro, do którego mimo że mam obiekcje dotyczące wkładu artystycznego Eweliny, to zaskakuje swoją dźwiękową wielowymiarowością. Kolejny, tytułowy numer to mój wicelider na płycie: przyjemna, w pełni popowa kompozycja, choć dosłyszeć się można słabego gitarowego riffu wirującego pomiędzy głosem wokalistki, a upbeatowymi dźwiękami w refrenie. Potem słyszymy Znasz Mnie, które po kilku przesłuchaniach nasunęło mi analogie do pozycji 8 na 'Nowych Horyzontach’, czyli Niebo/Piekło. Osobiście urzekający mnie feeling wokalu w zwrotkach kompletnie nie pasuje w skomponowanych,,na siłe” mocniejszych refrenach. Zdecydowanie zmarnowany potencjał na dobre kawałki pop. Singlowe, czwarte w kolejności We Mgle to połączenie tego, co ostatnio najlepiej się sprzedaje: gloryfikujące chórki (na wzór Nie mamy nic Mroza czy It’s my life Afromental), podchodzący pod reggae śpiew w zwrotkach, elektroniczny beat, klaskany rytm i nutka R&B. Szczerze odradzam natomiast odsłuch propozycji nr 4 (Na obcy ląd), a zwłaszcza mostku i mickiewiczowskiego rymu Pójdę z tobą na piechotę. Jeśli masz na to ochotę. Jeśli ktoś jest jednak na tyle odważny, to robi to na własną odpowiedzialność. Tymczasem Kilka sekund i Zaklinam czas to romans z nowoczesną elektroniką, w refrenach wykorzystującą dubstepowe basy i rozpędzony do granic możliwości rytm. Kameleon, najbardziej zbliżony do klimatów prezentowanych na 'Aero-Planie’ udowadnia, że Ewelina swoje rockowe pazurki podpiłowała niezbyt starannie i że drzemie w niej jeszcze pierwotny potencjał.
Zniknęła gwiazdka na policzku, zniknęła rockowa charyzma – można byłoby pomyśleć. Kilkakrotnie w swojej ocenie użyłem słów pop, popowy. Miało to jednakowoż pewien konkretny cel: na półce oferującej muzykę rozrywkową krążek Eweliny Lisowskiej wypada naprawdę dobrze. Bo chyba na niej miał się pojawić, mam rację?



