O tej młodziutkiej artystce wiadomo dość niewiele poza tym, że mająca swoją premierę w pierwszej połowie marca płyta Lucky Days to jej debiutancki krążek. Sama o sobie pisze: Wędruje po świecie rzeczywistym i w marzeniach, z wiarą w przyszłość i drugiego człowieka (…). Wybierzmy się zatem w tę wędrówkę wraz z artystką i zobaczmy, co przyniesie. Zapraszam.
Singlowe Lucky Days to kompozycja liryczna i pełna melancholii. Utwór otwiera sekcja syntezatorowa, która będzie pełniła w utworze rolę silnie rytmizującą. Powoli z oddali wyłania się niespieszny, graniczący z szeptem wokal artystki. Dzięki temu, ze natężenie głosu stopniowo rośnie wraz z rozwojem utworu mamy wrażenie, że wokal rozwija się niczym mgła nad mokradłami. Melancholijny, nieco mokradlany klimat jest budowany jednak przede wszystkim dzięki stałemu, lecz wolnemu tempu utworu oraz trzymaniu się tonacji molowej i niewielkim skokom wysokości dźwięków. Mimo wszystko wydaje się, że utwór jako całość jest odrobinę wybrakowany, jakby niepełny i nie wynika to z oszczędności w środkach wyrazu, lecz raczej z nie do końca przemyślanego konceptu. Mam wrażenie, że instrumentalnie Lucky Days idzie po przysłowiowej „najmniejszej linii oporu”, co sprawia, ze niebezpiecznie dryfuje na granicy kiczu. W podobny sposób został pomyślany utwór Treetops oraz Jutra Nie Ma.
Nie ma jutra, nie ma, a ja nie znaczę nic.
– to nie jest dobry tekst i mimo że stara się być górnolotny, wychodzi mu to nieco na opak…
Znacznie lepiej sprawa wygląda w wypadku Jump And Fly. Utwór otwiera niska linia smyczków i brudny, krążący bardzo blisko ziemi wokal. Wszystko dzieje się bardzo powoli, niemal czujemy opór przestrzeni, jaką pokonują dźwięki. W refrenie z kolei tempo rośnie, a zarówno wokal jak i instrumentarium skaczą o kilka linii w górę. Tworzy to bardzo fajny, trzymający słuchacza w stanie czujności klimat, który kojarzy mi się z tym, co jakiś czas temu zbudowała Pati Yang w utworze Unquiet. To jest zdecydowanie dobry kierunek! Z Jump And Fly łączy się kompozycja Mist, która podtrzymuje motyw przewodni swojego poprzednika, nieznacznie jedynie od niego odchodząc. Dzięki temu, że w przeciwieństwie do Jump And Fly, Mist bazuje na delikatnie zarysowanej linii klawiszy i stonowanym, kołyszącym wokalu, wydaje nam się, że mamy do czynienia z zupełnie inną stylistyką. Kiedy jednak wsłuchamy się uważniej, usłyszymy bardzo podobne struktury do tych, które budowały Jump And Fly. Również The Night i Rescue Me wydają się realizować podobne zamierzenie artystyczne.
Lungs z kolei wydaje się mocno korespondować z perfekcyjnym w swej prostocie Roads formacji Portishead. Kawałek otwiera stonowana molowa sekcja klawiszowa, której towarzyszy szeptany, subtelny wokal artystki. Już zdążyliście nastawić się na nudną pościelówkę? Nic z tego! Nieoczekiwanie pojawiają się pnące się wysoko smyczki, a głos nabiera charakteru i z szeptu przeobraża się w pełną jadu i skargi recytację. Napięcie zostało tutaj zbudowane nie tylko za pomocą wprowadzenia instrumentów smyczkowych, lecz przede wszystkim dzięki stopniowemu podnoszeniu kawałka w górę półtonami. To właśnie one są odpowiedzialne za swego rodzaju napięcie i niepokój, jaki odczuwamy. Stopniowo tempo rośnie, a głos z recytacji staje się śpiewem. Dzięki konsekwentnemu trzymaniu się półtonów kawałek nabiera specyficznego, rytualnego, dzikiego charakteru.
First Snow to jeszcze inna opowieść. Kompozycję otwiera rytualne brzmienie bębnów. Wraz z pojawieniem się wokalu, instrumenty ulegają stłumieniu, pozostawiając w tle jedynie nieznacznie zarysowany dźwięk zbliżony do dzwoneczków. Ten efekt ma za zadanie zapewne utrzymać słuchacza w napięciu i przygotować na zmianę, mającą nadejść w refrenie, ten zaś przynosi bardzo ciekawą, muzyczną wizję. Wokal wznosi się dość wysoko i opalizuje wysokimi dźwiękami, posługując się jednak bliskimi sobie nutami i nie stroniąc od półtonów. Wraz z jakimś plemiennym, pierwotnym brzmieniem bębnów, które w refrenie pojawiają się ponownie oraz stale utrzymującymi się dzwoneczkami, tworzy to dość niesamowity, oniryczny klimat. Nie wiem jak wy, ale ja mam przed oczyma nimfę, śpiewającą w zalanym światłem księżyca lesie i wirującą w rytm własnego śpiewu. Ciekawy numer!
The Other Side przynosi fatalistyczną, bliską stylistyce pogrzebowej melodykę. Utwór bazuje na stricte instrumentalnej ścieżce fortepianu i smyczków. Całość została zatopiona w tonacji molowej i oprawiona dźwiękami znajdującymi się bardzo nisko na pięciolinii. W drugiej części utworu natężenie dźwięku i mnogość instrumentów ulegają zwiększeniu, lecz jedynie po to, by gwałtownie wszystko urwać ograniczonym do niemal niewychwytywanej sekcji klawiszowej finałem, niknącym gdzieś w dali.
Lucky Days to pierwsze muzyczne dziecko Ewy Abart, drobne potknięcia są zatem nieuniknione, a nawet budujące, bo tylko popełniając błędy uczymy się co i jak powinniśmy robić. Poza nielicznymi uchybieniami płyta jest naprawdę niezła. Mnie oczarowały zwłaszcza te momenty, kiedy artystka sięga po stylistykę ludową, czerpiąc z niej jednak nie przaśne, wiejskie przyśpiewki, ale budując za jej pomocą oniryczny, baśniowy i bardzo słowiański klimat. Od pewnego czasu na polskim rynku muzycznym roi się od przeróżnych, stylizowanych na proste piosnki szlagierów, ale tak naprawdę wszystkie powielają jeden i ten sam schemat, nie dodając niczego od siebie. Ewa Abart wydaje się twórczo podchodzić do sprawy i ożywiać uśpione duchy, drzemiące w tej stylistyce. Myślę, że to dobry powód, by sięgnąć po Lucky Days.


