Eros Ramazzotti to klasa sama w sobie. Mimo, że z biegiem lat dopisuje się temu Panu cyferki do metryczki niczego nie traci ze swojego uroku. Tak, jego twórczość jest jak wino – im starsze, tym lepsze. Niedawno udostępnił nam swoje najnowsze dzieło, będące następcą Noi. Czy to wydawnictwo rzeczywiście jest Perfetto, jak rzecze tytuł?
Nie ukrywam – bardzo czekałam na to wydawnictwo, by dowiedzieć się czegoś więcej o Ramazzottim. Poprzedni album, wydany w 2012 roku Noi zrobił na mnie ogromne wrażenie. Na rzeczonym albumie była różnorodność kompozycji i wszędzie Eros popisywał się swoim fenomenalnym głosem.
Ten czynnik, z którego składa się również i album Perfetto się nie zmienił – Eros nadal zachwyca. Co prawda mniej niż na Noi, ale wybaczam to, że ten włoski artysta najlepiej odnajduje się w balladach i podobnych temu piosenkach. Jeszcze przed premierą albumu, gdy udostępniono singiel Alla Fine Del Mondo zastanawiałam się czy to dobry ruch? Przecież to jest zupełnie coś innego niż prezentował do tej pory, szaleństwo! Przyznam, zaskoczył mnie tym nagraniem, lecz to było zaskoczenie pozytywne. Jestem zdania, że doskonały artysta powinien odnaleźć się w każdym gatunku muzycznym… nawet tak odmiennym jak country.
Trochę rozczarowana byłam jednak drugim nagraniem z płyty, Il Tempo Non Sente Ragione który również promuje to wydawnictwo. Nie umiem wytłumaczyć dlaczego… Być może dlatego, iż później okazało się, że zdecydowana większość utworów na płycie brzmi zbyt podobnie, mimo różnych aranżacji. Wiadomo, zachwycają one poziomem produkcji (te cudowne solówki na gitarze, saksofon i fortepian – panie Claudio Guidetti, serdecznie dziękuję za kawał dobrej roboty!) oraz rzecz jasna, wokalem Ramazzottiego.
Perfetto z kolei wydaje się być lepszą wariacją Il Tempo Non Sente Ragione i właśnie tym utworem warto byłoby promować ten trzynasty album wokalisty. Słyszę w nim niepohamowany optymizm i satysfakcję z dzielenia się swoim ogromnym doświadczeniem życiowym. To tak jakby Eros mówił „Chodź, rzućmy wszystko cieszmy się życiem i w ogóle zachowujmy się beztrosko”. Poprzez Sbandando wróciłam pamięcią do nagrania w duecie z Tiną Turner czyli Cose Della Vita z 1993 roku. Miałam wrażenie, że jest to kontynuacja wielkiego hitu z poprzednich dwóch dekad. Oprócz tego na uwagę zasługuje również utwór Vivi E Vai. Bardzo dobry początek i wszystko się zgadza. Skłania do przemyśleń jacy jesteśmy, jacy będziemy. Przecież wszystko płynie jak muzyka.
Niepokojąco zabrzmiały pierwsze dźwięki Il Viaggio i to właśnie one zaprosiły mnie do dalszej podróży z płytą. Do tego ambitniejsza maniera śpiewania. Być może to głupie porównanie, ale wyobrażam sobie Ramazzottiego śpiewającego jak Kasia Nosowska na MTV Unplugged – na stojąco, z tą jednak różnicą że artysta mimo smutnej melodii śpiewa radośnie. Co ja mówię? W każdej piosence śpiewa podobnie… Pewnie dlatego sformułowałam tezę, z którą podzieliłam się z Wami kilka wersów wyżej. W każdym razie Il Viaggio ma coś magicznego w sobie, że nie można wobec tego utworu przejść obojętnie.
Kolejnym ukłonem w stronę amerykańskiej muzyki jest Tu Gelosia, a następne trzy utwory są najlepsze do słuchania we dwoje, patrząc prosto w oczy ukochanej osoby. Przy Sei Un Pensiero Speciale i Buon Natalie (Se Vuoi) odniosłam wrażenie że tak naprawdę słucham jednego kawałka podzielonego na dwa. Taki zabieg stosował np. Green Day na płycie American Idiot z kawałkami Holiday i Boulevard of Broken Dreams… ale to i tak inna bajka. Końcowy numer jest kapitalnym zakończeniem całości i pokazuje to co we włoskiej muzyce najlepsze: romantyczność, fortepian, instrumenty smyczkowe, a przede wszystkim przyjemność słuchania.
Powiem szczerze, spodziewałam się czegoś ambitniejszego. Wokalista przecież ma ogromny bagaż doświadczeń muzycznych. Z drugiej strony jednak sądzę, że nie jest źle. Eros nadal zachowuje klasę, bajeruje swoim głosem, jest wielkim eksperymentem brzmieniowym lecz… czy ten album miał być kwintesencją jego 30-lecia pracy artystycznej? (Tak, wiem że w zeszłym roku była wydana składanka, ale mam wrażenie że pan Ramazzotti poprzez tą płytę chciałby dopowiedzieć parę słów – oczywiście muzycznie.) Jeżeli odpowiedź na powyższe pytanie jest twierdzące, to faktycznie Erosowi i jego współpracownikom udało się zrobić perfetto, na poziomie godnym dojrzałym muzykom, takimi pokroju Celine Dion. Nie wykonują byle jakich utworów, a każdy z nich ma o wiele wyższą wartość niż to, czego dzisiaj słuchamy. To rzadkość, tym bardziej należy to docenić. Ogromny plus za to, że wszystkie utwory artysta wykonywał solo… lecz w pamięci nadal mam poprzedni album Noi więc nic nie wskazuje na to, by ten stan rzeczy się zmienił.


