Eris Is My Homegirl – For The Most Beautiful One (2016), recenzja Dominiki Mrówczyńskiej

0
172

Już nie liczę ile raz z ust Eris Is My Homegirl słyszeliśmy, że płyta „już niedługo”. Może dopiero po 5 latach od założenia bandu, ale w końcu jest! Debiutancki album czwórki chłopaków z Lublina pojawił się na początku lipca tego roku. Krążek przeszedł niezwykle długą drogę zanim dotarł do naszych uszu. Jednak czy zespół metalcore’owy może mieć lepszy start niż II miejsce w popularnym talent show? A potem była już tylko cisza przed burzą…

Jeśli ludzie od tamtego czasu nie zdążyli o nich zapomnieć to płyta For The Most Beautiful One trafi do zdecydowanie większego grona odbiorców niż pewnie pierwotnie zakładano. Zacznijmy od tego, że na początku produkcją albumu zajmował się amerykański producent Joey Sturgis, odpowiedzialny za sukces takich bandów jak Asking Alexandria czy Blessthefall. To już z miejsca wznosiło For The Most Beautiful One na wyższy poziom. Jednak drogi EIMH i Joye’a rozeszły się, a płytę ostatecznie wyprodukował gitarzysta – Jacek Moroziewicz wraz ze Sławkiem Guadkym Gładyszewskim. Czy wyszło im to na złe? Zdecydowanie nie, gdyż produkcja jest zdecydowanie dużą zaletą tego albumu.

Od samego początku witają nas elektroniczne dźwięki Creation, płynnie przechodzące w Light And Air – ciężkie riffy przeplatające się z elektroniką, growl w zwrotkach, śpiewany refren. Ale co podoba mi się najbardziej to pierwszoplanowa gitara w ostatnich 30 sekundach utworu. The Kingdom Of Sea and Hell możemy podzielić właśnie według tych dwóch zmiennych. Pierwsze piekielne 3 minuty zmieniające się w trochę delikatniejsze morze. Heroes zostało moim zdaniem dobrze dobrane na pierwszy singiel zapowiadający krążek. Jest w nim wszystko, co znajdziemy na For The Most Beautiful One. Na uwagę zdecydowane zasługuje Labyrinth – chyba najmocniejszy punkt płyty. A do tego damski wokal idealnie wkomponowany w charakter utworu.

Nie mogę nie wspomnieć o melodyjnej i nad wyraz delikatnej jak na tą płytę kompozycji Andromeda. Gdyby usunąć linię wokalu, utwór spokojnie mógłby znaleźć się na stricte rockowej płycie. Drugim jasnym punktem krążka jest White Stigma. Głównie za sprawą trafionych przejść, dobrego tempa i spokojniejszego outro. Brzmi właściwie tak, jakby słuchało się kilku jednominutowych kompozycji. Crime and Punishment mógłby stać się drugim singlem, w którym pojawia się zaskakujący chórek brzmiący niczym żołnierze odpowiadający „Yes Sir!”. Bardzo przyjemną gitarę słychać w  Maybe, Someday… . Chociaż ten numer w pewnym momencie zmienia się w wesołą, niepasującą do niczego melodyjkę.

Na zakończenie wybrzmiewa The End Is The Beginning, które w ostatnich kilkudziesięciu sekundach zamyka płytę w zbyt elektroniczny sposób. Jednak oby ten koniec stał się jednocześnie początkiem rozwoju Eris Is My Homegirl. Krążek nie jest szczytem różnorodności czy innowacyjności kompozycji, ale zdecydowanie nie należy do tych z niższej półki. Może za kilka lat doczekamy się od EIMH jakiejś perełki?