Eric Clapton – I Still Do (2016), recenzja Doroty Kutnik

W przemyśle muzycznym jest wiele gwiazd, które dawno zapracowały sobie na renomę i wątpię, żeby kolejne albumy w ich karierze mogły pogorszyć ich opinię. Jednym z takich artystów jest niewątpliwie Eric Clapton. Wydaje mi się, że większość osób choć trochę kojarzy to nazwisko i piosenki takie jak Layla czy Tears In Heaven. Teraz Clapton wydał kolejny już krążek, zatytułowany I Still Do, który jest nagrany w bluesowej stylistyce. Sprawdźcie, czy Eric „nadal robi” muzykę tak dobrze, jak robił ją kiedyś.

Wielka Brytania wydała już multum muzyków-legend. Eric Clapton jest bluesowo-rockowym wokalistą i muzykiem z dość długim stażem. Ostatnio stał się trochę zapomniany, jako, że jego dyskografie uzupełniają zapychające kompilacje. Uwaga, krążków zbierających jego przeboje, naliczyłam aż siedemnaście. Marketing marketingiem, ale dobrze, że te albumy mają co zbierać. Trzeba przyznać, że mimo, że lata świetności Slowhanda minęły, to nadal jest muzyczną ikoną. I cieszę się, że nie przestaje tworzyć nowych utworów, bo miło słucha się jego kolejnych piosenek, chociaż nie są wyjątkowo odkrywcze. Najnowszy album artysta zatytułował I Still Do, więc on raczej też jest zadowolony, że nadal robi to, co lubi. A krążek jest sentymentalnym throwbackiem. Clapton nagrał go z Glynem Johnsem – producentem, z którym pracował dokładnie czterdzieści lat temu przy płycie Slowhand. Na uwagę zasługuje też okładka albumu przedstawiająca Erica Claptona jako zwykłego, niczym nie wyróżniającego się muzyka. Ta z pozoru nieciekawa grafika jest dziełem Petera Blake’a.

https://www.youtube.com/watch?v=_paD8Kelb_M

Czas przejść do najważniejszych aspektów dotyczących krążka I Still Do, czyli do muzyki. Na początek ujmę to tak; jest to album, który nie wnosi nic oryginalnego, nie ma tu powiewu świeżości, nic z tych rzeczy. Słuchając tych kawałków, można mieć na myśli raczej atmosferę w jakimś barze (na szczęście nie „pod zdechłym psem”), bo właśnie z takim graniem to wszystko się kojarzy. Wyobrażam sobie, że Eric Clapton śpiewając Alabama Woman Blues po prostu usiadłby na prawie rozwalonym krześle w podmiejskim barze mając tylko gitarę i znalazłby kogoś, kto towarzyszyłby mu grając na wysłużonym drewnianym pianinie. I to by wystarczyło, i to jest piękne. Czytałam opinie, że I Still Do to nuda do potęgi. Fakt, ktoś może tak sądzić, ale ja znam nużące albumy, których nie dałam rady odsłuchać do końca. A ten krążek po prostu miło włączyć sobie w tle i nie przejmować się, że jakiś wokalista zacznie się drzeć tak, że prawie ogłuchniesz.

Utworów podobnych do pierwszego na tym krążku jest dużo: Can’t Let You Do It, energiczniejsze Stones In My Passway czy Somebody’s Knockin. Wszystkie opierają się na bluesowej, podbitej gitarowymi akcentami melodii, która robi właściwie całą piosenkę. Do tego dochodzi nonszalancki głos Claptona i mamy gotowy nastrój jak ze starego filmu. Ale są też miłe dla ucha ballady! Przypadek chciał tak, że tytuły wszystkich są w czasie przyszłym. Mowa o piosenkach I Will Be There, I’ll Be Alright oraz I’ll Be Seeing You. Każda z nich jest naprawdę przyjemna w odsłuchu. Jedyną różnicą jest to, że nie są już tak bluesowe. Dobre jest też to, że I Will Be There to utwór, w którym Clapton nie śpiewa sam. A z kim? Ze specjalistą od wzruszających piosenek, Ed’em Sheeranem! Wnosi to do krążka trochę życia i różnorodności. Piosenka ta wydaje mi się dobra do puszczania w radiu, jest bardzo melodyjna, a do tego frazę w refrenie szybko można zapamiętać. Podobnie jest w I’ll Be Alright, utwór jest stonowany i spokojny, dochodzą też chórki pomagające Claptonowi. I’ll Be Seeing You to kompozycja zamykająca album. Słuchając jej odnoszę wrażenie, że jest w niej jednak trochę smutku i tęsknoty. Według mnie, warto zwrócić też uwagę na dwie piosenki – Spiral oraz Catch The Blues. Ta pierwsza wyróżnia się trochę bardziej zbuntowanym Claptonem, zarówno w śpiewie, jak i w graniu. Oceniłabym ją jako kompozycję zasługującą na bycie singlem. Natomiast drugi utwór jest idealnym podsumowaniem płyty I Still Do oraz całej tej recenzji.

Mam nadzieję, że łapiecie bluesa i się ze mną zgadzacie. A jeśli nie, odsyłam do nowego albumu Slowhanda. Ericu Claptonie, zgodnie z tytułami piosenek, bądź tu i miej się dobrze, a wszyscy będą szczęśliwi. Taką muzyczną nudę to ja lubię!

Czytaj również