Wyobraźcie sobie, że te kilka zdań czyta swoim kojącym głosem Krystyna Czubówna: Islandia.. kraj, którego powierzchnię pokrywa zmarzlina, wszędzie pola zastygłej lawy, wulkaniczne popioły, gejzery, błotne fumarole. Jedno z najrzadziej zaludnionych miejsc na ziemi. Długie noce, chłodne dni, posępne krajobrazy. Czujecie klimat prawda?
A teraz… jeszcze złota polska jesień, ale już dni coraz krótsze, znajome ogródki zaprzyjaźnionych knajp szczupleją w naszych oczach i powoli chowają się do piwnic. Wstajemy i jest ciemno, wracamy i jest w sumie bardzo podobnie. Mało tego, wiemy, ze niedługo będzie plucha, ciapa i przeszywające minus trzydzieści na termometrze. Przypadek? Nie sądzę… Tak moi drodzy, idzie wielkimi siedmiomilowymi krokami w kaloszach jesień, a tuż za nią czai się zima. Jestem typem depresyjnym i możliwe, że będzie to trochę inna recenzja. Może bardziej osobista.
Kiedy zobaczyłem rozpiskę premier wrześniowych i wśród nich był Emiliana Torrini wiedziałem, że Islandia i ja, czyli Kraków w Polsce stworzymy zgrany duet. Tak też się stało. Płyta Tookah od samego początku idealnie wkomponowała się w mój nastrój. Swoją drogą, muzyka stamtąd ma zbliżoną do mojej wrażliwość. Olafur Arnalds, Bjork, Mum, Sigur Ros, czy nasza bohaterka Emiliana Torrini to bardzo podobny, minimalistyczny, urzekający klimat. Nie lubię przepychu, zbędnych dźwięków, czasem potrzeba po prostu ciszy i niedopowiedzeń. To wszystko serwuje nam Emiliana. Jeżeli nie jesteście fanami wyżej wymienionych artystów i nudziła Was płyta Fismolla to nawet nie sięgajcie po pozycję zatytułowaną Tokkah.
Islandzka wokalistka pierwszą płytę Spoon wydała w 1994 roku. Dwie kolejne sygnowane jej nazwiskiem pozycje Crouçie D’où La z 1995 roku oraz Merman dostępne były tylko na rynku islandzkim. Dopiero album zatytułowany Love In The Time Of Science z 1999 roku okazał się triumfem. Zwieńczeniem sukcesu było zaśpiewanie piosenki w finale drugiej części Władcy pierścieni. Potwierdzeniem, faktu, że Emiliana Torrini lubi minimalizm jest długość jej nowej płyty. Jest to zaledwie dziewięć, nie bójmy się powiedzieć smętnych kompozycji, ale niesamowicie urzekających. Z każdą kolejną zapuszczamy się coraz głębiej w mrok i klimat islandzkich brzmień. Właściwie tylko jeden utwór z tej płyty mnie nie porwał i jest to Caterpillar, co do reszty nie mam żadnych zastrzeżeń. Po mocno trip hopowym otwarciu, w postaci Tookah dostajemy solidną dawkę ciekawych kompozycji, doskonale wyprodukowanych, gdzie gitary przeplatają się z delikatnymi syntetycznymi i elektronicznymi brzmieniami. Autumn Sun pokochałem od pierwszej nuty, a kiedy tylko usłyszałem wokal szybko zrozumiałem, że to będzie mój nowy budzik w telefonie. Jest to według mnie jedna z lepszych pozycji na tej płycie, chociaż każdy myślę tu znajdzie coś dla siebie.
Emiliana Torrini – Autumn Sun
Elisabet zadowoli fanów Bjork i Niki & The Dove, Animal Games fanów zimnej elektroniki, Blood red to znowu klimat filmowy. A teraz uwaga… fanfary i główna nagroda dla najlepszego utworu tego albumu. Ostatni track! Jest to jedna z lepszych kompozycji jakie słyszałem w tym roku. When fever breaks to prawie ośmiominutowy kawałek, który jest wisienką na tym przepysznym torcie. Nie wiem, jak Wy, ale za rok ja się wybieram do Islandii! Jeżeli tam się rodzą tacy artyści, to chcę chociaż troszkę poobcować z ich bajkową rzeczywistością. Właściwie nie wiem czy jest sens opisywać i rozkładać na czynniki pierwsze kolejne kompozycje. Wpiszcie w Google grafika Islandia. Podobają się Wam krajobrazy? Wyobraźcie sobie, że na tej płycie one jeszcze mają dźwięk!
Emiliana Torrini – When Fever Breaks

