Jeśli zgłosisz się do programu Perfekcyjna Pani Domu, to czeka Cię „test białej rękawiczki” – albo go zaliczysz albo nie. Dokładnie tak samo jest w świecie muzyki. Pierwszą płytę nie jest ciężko wydać, to dopiero drugi krążek pokazuje, czy artysta wart jest uwagi czy też nie. W dalszej części recenzji przekonacie się, czy Elliphant wydając drugi krążek Living Life Golden wzbudziła moją sympatię czy zraziła mnie do dalszej twórczości.
Pierwszą płytą A Good Idea, Elliphant całkowicie mnie kupiła. Było głośno, interesująco, zróżnicowanie, ale i na krążku wszystko było odpowiednio wyważone i nie przesadzone. To COŚ, co wyróżniło ją na tle panującej szmiry i kiczu. Artystka wychodziła naprzeciw wszelkim regułom i tworzyła muzykę, która gra jej w duszy. Nie robiła niczego pod publikę czy listy przebojów. To mnie zachwyciło. Późniejsza EP-ka Look Like You Love It tylko utwierdziła mnie w przekonaniu, że artystka nieźle namiesza na rynku – wprowadzi świeżość i pomimo niszowej muzyki, zbierze duże grono odbiorców, bo dobra muzyka zawsze się obroni.
Nową płytę zapowiadały trzy single: Love Me Badder, Step Down i niedawno wydany Spoon Me. Dwa pierwsze utwory mnie zachwyciły – pop na wysokim poziomie z dobrymi, autorskimi tekstami. Byłem wniebowzięty i nie mogłem doczekać się premiery płyty. Odliczałem dni do 25 marca i cieszyłem się z każdej nowo odsłoniętej karty typu okładka i tracklista – hype jak nigdy. Ciekawy byłem również duetu ze Skrillexem, ponieważ Only Getting Younger, jak to się mówi miażdżyło system. Niestety, po premierze Spoon Me stwierdziłem, że wspomnianemu powyżej utworowi nie dorasta nawet do pięt. I to nie ze względu na Elliphant, tylko na producenta. Amerykański DJ zawiódł na całej linii – odniosłem wrażenie, że chciał zaprezentować łagodniejszą, a co za tym idzie gorszą kopię OGY – niestety nie udało się. Wokalistka swoim głosem i warsztatem artystycznym ratuje ten marny utwór. Wtedy po raz pierwszy się zawiodłem, ale postanowiłem dalej oczekiwać premiery.
25 marca opadła mi szczęka, niestety z powodu przeciętności krążka. W wywiadzie dla popheart.pl artystka powiedziała, że nie ogranicza się muzycznie, co też na początku wspomniałem – ale na miłość boską, trzeba znać jakiś umiar. Mamy tutaj wszystko: pop, reggae, dancehall, elektronikę, a zbyt mało dubstepu, trapu i rapu. Czegoś zdecydowanie jest tutaj za dużo i czuje się pewien niesmak. Targanie słuchacza po reggae, żeby zaraz usłyszeć elektronikę, nie jest dobre dla uszu.
Na 12 utworów, aż 5 zawiera gościnne udziały innych wokalistów. Niektóre brzmią dobrze, niektóre dramatycznie. Weźmy dla przykładu Everybody, które powstało we współpracy z Azealią Banks. To mógłby być hit z zastrzykiem masy pozytywnej energii. Obie artystki potrafią dobrze rapować, więc mogły zdziałać cuda. Niestety dostajemy nijaką piosenkę, która ciągnie się jak flaki z olejem. Co najśmieszniejsze, ze względu na podobne głosy, trzeba dobrze się wsłuchać, żeby wiedzieć, kiedy zaczyna się zwrotka amerykańskiej raperki. Ku mojej uciesze na płycie znalazła się kompozycja One More z gościnnym udziałem MØ. Dwie outsiderki. Utwór znany praktycznie od dwóch lat. Górnolotny, pyszny – takie coś lubię. Zapada w głowie na długo i chętnie się do niego wraca – jest hipnotyzujący i wyróżnia się na tle nijakich utworów zawartych na wydawnictwie Living Life Golden.
Niestety tego samego nie mogę powiedzieć o większości kompozycji. Słuchając niektórych piosenek, np. Not Ready i Thing Called Life, nie mogłem doczekać się, kiedy dobiegną końca. Przeciętne, niczym nie zaskakujące utwory, marna, ograniczona do minimum produkcja i nijaka melodia. Not Ready to kompozycja z pogranicza reggae/dancehall, która nigdy do mnie nie przemawiała i nie przemówi pomimo, że Elliphant ma flow i świetnie płynie w rytm muzyki – to słychać, ale ja tego nie czuję.
Odniosłem wrażenie, że moje oczekiwania co do tej płyty, jak i artystki były zbyt duże. Album jest cholernie niespójny. Po popowym utworze dostajemy reggaeowe klimaty, a następnie elektroniczne brzmienia. Widać, że Elliphant ma głowę pełną pomysłów, ale czasami trzeba przyhamować. Zawiodłem się okropnie i mam nadzieję, że kolejna płyta wypadnie lepiej – co nie będzie trudne w zrealizowaniu. Jest mi też trochę smutno, bo spodziewałem się dobrego dubstepu, elektroniki i rapu, a dostałem niesmaczną mieszankę. Artystki nie skreślam, ponieważ mam do niej ogromny sentyment, liczę jednak, że z następnym wydawnictwem się nawróci na dobrą drogę.


