Ella Henderson – Chapter One (2014), recenzja Łukasza Mantiuk

Ella Henderson to doskonały dowód na to, że programy takie jak X Factor czy The Voice są potrzebne. Jeśli na pięć edycji pojawi się taka jedna Ella i nagra tak dobry album jak Chapter One – to niech trwają one wieczność. Panie, panowie – debiut roku?

Ellę znam od dawna. Tak się akurat złożyło, że brytyjską edycję X Factora, w której brała udział śledziłem na bieżąco. Kibicowałem wtedy właśnie jej, Jamesowi Arthurowi i koleżance Elli z grupy, Jade Ellis. Z całej tej trójki Ella wyszła na tym programie najlepiej. Owszem, James Arthur wygrał, nagrał dobry, debiutancki album… ale to by było na tyle. Sam pogrzebał swoją karierę swoim za długim językiem. Teraz rządzi Ella. Jeśli komuś się nie będzie chciało czytać całej recenzji, to już na wstępie napiszę: Chapter One to album znakomity, przepełniony pięknymi balladami, jak również dynamicznymi kawałkami jak znane wszystkim Ghost (takich majstersztyków jest tutaj więcej!). Ale po kolei – przejdźmy do szczegółów.

Całość rozpoczyna się znanym nam Ghost, następnie kolejny hit (idealne na singla!) Empire i trzeci utwór – Glow – jeden z moich ulubionych kawałków na tej płycie. Potem całość trochę zwalnia – kilka pięknych ballad, po czym znów przyspieszamy. I tak właśnie zbudowany jest ten album – kilka dynamicznych piosenek, potem ballady i znów trochę szybciej. Cieszy mnie taki dobór repertuaru. Znając dokonania Elli w X Factorze spodziewałem się, że jej debiutancki album będzie pełen pięknych ballad. Nie byłoby źle, jednak, co za dużo to nie zdrowo. Tutaj znaleziono złoty środek. Wystarczająco jest tego, i tego.

I tak, do najlepszych kawałków dynamicznych zdecydowanie należy Pieces. Jest to jeden z najlepszych utworów tego roku. Zgrabny, ciekawy, z niegłupim tekstem i wpadający w ucho. Często do niego wracam, to zdecydowanie jeden z promienistych momentów na krążku. Potem jest jeszcze lekko mroczne, ponure Glow. Je również uwielbiam. Gdy premierę miało Ghost – nie lubiłem go. Jednak słysząc cały album – ten utwór tu pasuje. Ładnie rozpoczyna krążek, na którym jest pełno podobnych – jak i dużo lepszych majstersztyków. Teraz już go lubię. Wyróżniłbym jeszcze Mirror Man, gdzie Ella sięga w klimaty r’n’b, jest zadziorna, czy nawet używając jakiegoś tam slangu – kozacka. Podobnie jest również w Hard Work. Ciekawe jest Rockets: swobodne, chilloutowe i takie…kaboom. Tak, tak, takie słowa tam śpiewa Ella i powoduje one uśmiech na twarzy. To tak ciekawie i słodko brzmi, że nadaje uroku temu utworowi.

Druga strona albumu to piękne ballady. Do moich ulubionych zdecydowanie należy utwór Beautifully Unfinished. Utwór ten niestety jest dostępny jedynie na wersji deluxe albumu. Wielka szkoda, wsadziłbym go na głównej edycji krążka zamiast np. Lay Down (które również lubię, jednak Beautifully Unfinished jest piękniejsze). Na deluxie jest również ballada 1996, która również zasługuje na bycie na standardowej edycji albumu. To zdecydowanie dwie najpiękniejsze ballady tego wydawnictwa. Jeśli ktoś jednak kupi standardową edycję albumu – nic straconego. Tam mamy np. przecudne Yours czy Missed. To w tych utworach znajdujemy przepiękną skalę głosu Elli. A ma się czym pochwalić. Jej głos jest ciepły i chce się go słuchać.

Chapter One to przepiękny początek wielkiej kariery Elli Henderson. Młoda artystka wie, co chce pokazać światu. Mimo, że podpisała kontakt płytowy z SyCo (które wcale takie najlepsze nie jest, przykład: Leona Lewis) to jednak obroniła się. Jej debiutancki album to jedna z lepszych albumów w roku 2014. Mam tylko nadzieję, że jej kolejne krążki będą równie przemyślane, równie prawdziwe i wiarygodne. Mam również nadzieję, że SyCo nie zrobi z nią tego, co zrobiło z Leoną Lewis (broń się Ella!). Jeśli spodobały Wam się utwory Ghost i Glow – sięgnijcie po to wydawnictwo. Jeśli się one Wam nie spodobały – sięgnijcie po to wydawnictwo tym bardziej. Jest tu dużo lepszych, małych dziełek, które udowodnią Wam, jak wyjątkowa jest Ella Henderson.

ella_henderson_chapter_one

Czytaj również