Każdy z nas śpiewa sobie czasem pod prysznicem marząc o tym, że kiedyś wyjdzie na scenę i będzie prezentował swój autorski materiał. Jedni są tak zdeterminowani, że chodzą do talent shows a inni… po prostu czekają na swój właściwy moment, robiąc w międzyczasie to co się kocha. Do tej drugiej, węższej grupy należy prezentowany dzisiaj projekt Efka. Zarówno Ewa Mysłakowska jak i finalista The Voice of Poland chcą wierzyć, że ten czas już nadszedł i ludzie głodni nowych doznań pośród mainstreamowej papki będą chcieli posłuchać czegoś nieznanego. Z tym większym entuzjazmem sięgnęłam więc po krążek tej debiutantki.
Na początku ciężko było mi zebrać myśli, gdyż tak naprawdę bardzo trudno jest się przekonać do debiutantów. Polska scena muzyczna wydaje się być przesycona gwiazdami i gwiazdeczkami, że ciężko komukolwiek nowemu przebić się do naszej podświadomości ze swoją twórczością. Tym bardziej podziwiam ludzi, którzy próbują zaistnieć na tym dość wyrafinowanym i hermetycznym rynku.
Projekt Efka narodził się z dziecięcego marzenia. Każdy z nas (nawet ja) marzy sobie, by stanąć na scenie i prezentować swoje możliwości wokalne. Takie samo pragnienie miała Ewa Mysłakowska, na co dzień nauczycielka, która zaraża swoich podopiecznych miłością do muzyki. To, co chciała zrealizować odkładała latami, dopóki na swojej drodze nie spotkała Mateusza Krautwursta, finalistę The Voice of Poland. Ten początkujący producent muzyczny skompletował grupę piekielnie zdolnych osób, a każda z nich dołożyła do projektu swój bagaż doświadczeń. Podobnie jak nasza bohaterka.
Gdy spojrzałam na listę utworów na albumie, ogarnęła mnie ciekawość. Tytuły kawałków wręcz wołają, bym się z nimi zapoznała, lecz swoją przygodę zaczęłam od singlowej propozycji. Słysząc pierwszą zwrotkę Pana P. miałam wrażenie jakby gitara czasami kłóciła się z głosem wokalistki. W efekcie byłam zdezorientowana – słuchać dźwięku strun czy tego, co ma nam do przekazania Ewka? Dalszy ciąg prezentuje się o wiele lepiej – jest lekko, trochę romantycznie i niezwykle klimatycznie.
Po przesłuchaniu zapowiedzi krążka czas wrócić do tego, co właściwie ma nam do zaoferowania projekt Efka. Przeszłam więc do początku, a tam w Błogo słyszę początek Inspirations od sióstr Przybysz. I tak przez cały utwór, z tym że jest to bardziej podrasowana wersja. Następnie zostałam zaproszona do tańca z Czerwonym Kapturkiem. Wówczas nasunęła mi się refleksja, czy kiedyś podejmowałam dobre decyzje? A może mogłam wybrać lepszą alternatywę? Szczerze mówiąc, oprócz paru epizodów, niczego w życiu nie żałowałam. Dzięki tej melodii odpowiedziałam po części na swoje pytania.
W dalszej części mój osobisty czarny koń tej debiutanckiej płyty. Chodzi o piosenkę Ptaszq. Figlarnie i ironicznie opisuje typowego faceta, myślącego jak tu najłatwiej mieć ciastko i zjeść ciastko. No niestety, czasem się nie da… aczkolwiek dobrze jest – i tekstowo i muzycznie. Całościowo wychodzi doskonały wręcz jajcarski kawałek – w sam raz dla feministek.
Mimo dość fajnego klimatu, są też kompozycje, które nie powinni się znaleźć na płycie. Oczywiście w takiej postaci, w jakiej to obecnie jest. Mowa tutaj między innymi o utworze Piosenka o Miłości. Mam takie nieodparte wrażenie, że wokalistka swoje, a instrumenty i produkcja swoje. Innym słowem, że chwilami było im nie po drodze. Braki przy utworze Może po części rekompensuje mi alternatywna wersja pod tytułem A może swing?. Ona przypadła mi bardzo do gustu, a gdy się skończyła byłam zaskoczona, że to już i niczego więcej na albumie nie znajdę. Nie skomentuję może warstwy tekstowej wspomnianych tutaj piosenek, bo w mojej ocenie jest ona dość słaba – sprawia wrażenie, jakby jej autorem był nastolatek.
Na zakończenie może wspomnę jeszcze o jednym, dość dziwnym kawałku bowiem miałam wrażenie, że słucham dwóch odmiennych utworów. Inteligentne przejście oraz druga część kompozycji A kiedy budzi mnie ranek sprawiły, że do tej pory nie mogę przestać słuchać. Przyznam – zakochałam się.
Szczerze mówiąc, Efka nadal pozostała dla mnie tajemnicą. Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś usłyszymy aksamitny głos artystki. Póki co mamy 9 utworów, każdy na swój sposób inny. Wydawnictwo przywróciło we mnie wiarę w debiutantów, ale niezwykle trudno jest im się przebić do naszej świadomości. Co prawda, to nie jest płyta którą można polecić każdemu zjadaczowi chleba w naszym przepięknym kraju, lecz jeżeli ktoś z Was chce zapoznać się z czymś różnorodnym i zdecydowanie odstającym od reszty – zapraszam do poznania Efki.



