Dzień dobry, zapraszamy do dyniowego teatru. Smashing Pumpkins – Atum: A Rock Opera in Three Acts 2023 (recenzja)

W maju tego roku zakończył swoją premierę (a rozpoczął w listopadzie 2022 aktem I) w trzech aktach długo oczekiwany i mocno zapowiadany album grupy Smashing Pumpkins. Atum to opisywana przez trupę Williama Patricka Corgana rock-opera, która zagrana w trzech aktach ma aż 33 utwory dające ponad dwie godziny zabawy przy głośnikach. No ale właśnie… ile tu Rocka, opery, a ile Smashing Pumpkins?

Sama koncepcja na początku wydawała mi się szalona. Jeden album wydany w trzech etapach na przestrzeni kilku miesięcy. Ciekawa koncepcja… Natomiast myśląc o Billym Corganie… czy można w ogóle podchodzić do tematu, jak do czegoś normalnego? Czymże jest normalność?

Dobra – dziś nie o tym.

Osobiście jestem fanem Smashing Pumpkins. Od lat 90 jest to dla mnie zespół bardzo charakterystyczny, wyrazisty, mający swój styl, charakter i wizję świata, który lubię odwiedzać. Choć jest stosunkowo mroczny, to w pewnym sensie jest taki… realistyczny. Wręcz namacalny.

Miałem nadzieję, że poczuję to znów słuchając nowego albumu ATUM: A Rock Opera in Three Acts. Niestety to nie to samo. Co nie znaczy, że jest złe. Dostając do ręki tak duży album, hucznie okrzyknięty rock-operą, od razu daje poczucie, że będzie to coś poważnego i podniosłego. Tymczasem nie czuję tego. Nie widzę historii łączącej wspomniane akty. Mamy za to chęć szukania nowych doświadczeń. Syntezatory i elektronika miała dodać podejrzewam tego operowego klimatu, natomiast wydają się często nieprzemyślane. Jakby szukali dopiero co swojego brzmienia. Na uwagę zdecydowanie zasługują kompozycje gitarowe i oczywiście wokal – co standardowo jest jadalne, dobrze skomponowane i ma swoje bardzo dobre momenty.

W I akcie dla mnie zabawa zaczyna się od utworu Butterfly Suite, a dokładnie od ok. 1:20 – kiedy to znów wpadłem w otchłań i leciałem dosłownie w imaginarium Billiego Corgana. Poczułem to za co lubię Pumpkinsów… i im dalej, tym ten lot się utrzymywał 😊 Pragnę wspomnieć tylko, że wolałbym te utwory bez zbędnych wstępów jak pierwsze 40 sekund w utworze the Good in Goodbye, czy wstęp do utworu Embracer. Przy pierwszych sekundach czekałem tylko, aż wyskoczy Pan Łosowski z Kombi. Niemniej jednak kompozycje takie jak Where Rain Must Fall mają świetny klimat. Chyba pokuszę się o stwierdzenie, że da się odczuć momentami te „operowe” akcenty, albo po prostu można zrozumieć co autor miał na myśli.

II akt rozpoczyna Avalanche, i ja czekałem na tę lawinę. No ale się nie doczekałem. Przy słowach rozpoczynających zwrotkę „Don’t get me wrong”, aż chce się odpowiedź „Sorry dude, I don’t get it”. Eksperymenty z elektronicznym brzmieniem, które mogą nawiązywać do lat 80, nie do końca pasują do całości. Kawałki takie jak Empire czy Moss dają poczucie nadziei, gdzie gitary stoją w pierwszym rzędzie i ten klimat… wciąż brakuje tego klimatu, do którego nas przyzwyczaili. Ja rozumiem, że zespół się rozwija i to szanuję. Jednak brakuje mi pewnej charakterystycznej nuty, która byłaby bardziej konsekwentna.

Za dużo synthów – za mało gitar.

Akt III. Tu chyba można usłyszeć co to rock-opera dla zespołu, a dokładnie moment w utworze That Which Animates the Spirit od 0:20. Gitarowo znów na plus – tu przytoczę In Lieu of Failure czy Harmageddon. Słychać, że grupa ma doświadczenie i z niejednej piekarni jadła chleb. Numery takie jak The Canary Trainer bardzo dobrze bujają. Świetnie się sprawdzają przy nocnym spacerze i słuchawkach w uszach. Trzeci akt podoba mi się najbardziej i ma kilka kawałków, które zapamiętałem (Spellbinding czy ww.), ale raczej nie jest to płyta, do której będę wracał. A szkoda, bo bardzo zespół szanuję i mocno się na ten album nastawiłem.

W ogólnym rozrachunku mam bardzo mieszane i skrajne uczucia. Są momenty bardzo złe i są bardzo dobre. Gdyby to był świeży zespół ze swoją debiutancką płytą – kto wie, pewnie miałbym inne podejście. Niestety. Nie mam litości dla zespołu, który w niektórych kręgach nazywany jest legendarnym. PR i emocje budowane przy promocji wydawnictwa przerosły chyba samych twórców. Obawiam się, że w piątek wymyślili nazwę płyty i w sobotę weszli do studnia na żywioł, nagrywając i produkując wszystko z marszu.

Heh… a może po prostu ta sztuka ma wywoływać tak skrajne emocje?

Poniżej zapraszam do odsłuchu bardziej gitarowego i jednego z lepszych kawałków na płycie:

Czytaj również