Chyba nie ma na świecie osoby mającej choćby minimalne pojęcie o muzyce w XXI wieku, która nie słyszałaby o Panu Aubrey Grahamie, znanemu po prostu jako Drake. Nic zatem dziwnego, że płynąc na fali sukcesu, może on eksplorować inne gatunki muzyczne, niż te, dzięki którym zasłynął. Co więc miał na myśli tworząc swój najnowszych album Honestly, Nevermind? Oceniając po samym jego tytule, to myślę, że nic.

Dla mnie postać Drake’a jest znana główne prze pryzmat jego aktualnej popularności. Nigdy nie byłem jego fanem, bo też nigdy nie interesowałem się co twórczo czyni. Zmieniło się to wtedy, gdy Kanadyjczyk wydał swój przełomowy singiel-mem – Hotline Bling, który z pewnością jest jedną z najlepszych męskich piosenek XXI wieku. Co jednak istotne, ten sam singiel oddzielał grubą kreską jego ówczesną twórczość od tego, co artystycznie nadeszło w ciągu kolejnych sześciu lat jego kariery.
Niestety, te sześć lat upłynęło raczej pod znakiem bycia sławnym z tego, że jest sławny, niż samej muzyki. Przekonałem się o tym chociażby w zeszłym roku, kiedy to byłem w zasadzie gotowy powiedzieć kilka słów na temat Certified Lover Boy. Niestety, był to album tak nudny, że wymiękłem w połowie i nie byłem wstanie powiedzieć cokolwiek na jego temat. Aż tu nagle i niespodziewanie Drake wydał nowy krążek – Honestly, Nevermind. Pomyślałem zatem, że dam mu jednak szansę, tym bardziej, że miał to być album „taneczny”. No i dałem – tym razem mając coś jednak do powiedzenia.
Honestly, Nevermind to w zasadzie trzynaście wariacji na temat jednej i tej samej piosenki, będąc zmiksowanymi ze sobą niczym zupa krem. Jednak w przeciwieństwie do rzeczonej zupy krem, która z definicji powinna mieć jakiś smak i aromat, tak ten wyrób albumopodobny nie ma krztyny smaku, charakteru, stylu czy pomysłu na siebie. Pytanie tylko, czy tak naprawdę musi go mieć?
Nie jest wielka tajemnicą, że albumy Drake’a, począwszy od wydanego w roku 2016 Views, to wielkie kobyły, których objętość wynika raczej z czysto biznesowej kalkulacji, niż z artystycznych aspiracji ich autora. Zasada jest prosta – tworząc album o znacznej długości i listy utworów sięgającej około 20 pozycji, jest on już traktowany jako playlista, a te są priorytetowe dla mitycznych algorytmów Spotify czy Apple Music. Zresztą playlista uważana jest aktualnie za swoisty odpowiednik dawnych mixtape’ów, które również stanowiły składanki niekoniecznie związanych ze sobą utworów. Dodajmy do tego, że już w roku 2016 Drake był u szczytu popularności, czego efektem są regularnie wypuszczane „oficjalne” playlisty największej gwiazdy wszechświata.
Za Honestly, Nevermind stoi dokładnie ta sama idea. Pomimo że znajduje się na nim „zaledwie” trzynaście utworów, trwających łącznie niecałą godzinkę, należy on do świata muzyki świetnie wypełniającej przestrzeń podczas wykonywania codziennych obowiązków. Nie za szybkie, nie za wolne, niezbyt się wyróżniające, gdzie nawet głos Drake’a jest tak płytki i beznamiętny jak kałuża, stanowiąc miłe tło do obierania ziemniaków na niedzielny obiad. Na próżno więc szukać tu artystycznego zaangażowania, chęci zaskoczenia słuchacza czy czegokolwiek, co by wskazywało, że to rzeczywiście najlepszy raper naszych czasów.
Z dziennikarskiego obowiązku, zagłębiłem się w to, co teoretycznie Honestly, Nevermind ma mi do zaoferowania. Biorąc pod uwagę samą lirykę, są to proste przemyślenia mężczyzny na temat różnorodnych sytuacji w ramach jego miłosnych perypetii. Nie są to teksty złe, jednak ich banalność i trywialność bywa bolesna. Zdecydowanie najgorszym elementem tego wszystkiego jest sam Drake. On nie rapuje, poza dwoma utworami, w zasadzie to on nawet nie śpiewa. Melorecytacja pełną gębą i to niestety bardzo nieudolna, bo poza jakimkolwiek klimatem czy prędkością danej melodii. Generalnie nie brzmi to zbyt dobrze, a co dopiero romantycznie, erotycznie czy w jakikolwiek pozytywnie nacechowany sposób.
Jeśli chodzi o same podkłady Honestly, Nevermind, powiem, że są po prostu okej – to na pewno nie są najgorsze melodie jakie w życiu słyszałem. Co prawda są głupkowate, wtórne i bardzo powtarzalne, jednak poza tym nie mogę im zarzucić niczego innego. Do końca tego tygodnia będę pamiętać o skrzeczącym łóżku w Currents oraz dźwięku aparatu do EKG zmieszanym z czkawką w Massive. Skoro nie dostałem soczystego house’u, to i chwila polewki z głupiej melodyjki jest całkiem przyjemna. Jedynymi typowymi numerami na tym albumie są Sticky oraz Jimmy Cooks, więc jeśli chcecie je poznać, śmiało pomińcie całą resztę.
Honestly, Nevermind to chyba najbardziej nienatchniony album jaki kiedykolwiek słyszałem. Pomimo całkiem przyzwoitych melodii, Drake niezrobił kompletnie niczego, aby uczynić swoje dzieło przynajmniej przyzwoitym, a co dopiero inspirującym czy nowatorskim. Nie marnujcie godziny swojego życia na ten krążek, chyba że będziecie słuchać go przy okazji, na przykład malując obrazy, pisząc poematy, bądź spędzając czas ze swoimi najlepszymi przyjaciółmi.
- Data premiery: 17 06 2022
- Single: Falling Back, Sticky, Massive
