DNCE – DNCE (2016), recenzja Aleksandry Żeleźnik

0
210

Powiedzenie „kuć żelazo póki jeszcze gorące” w show biznesie sprawdza się wyśmienicie. Wiele gwiazd decyduje się na szybkie wydanie albumu, ze względu na trwanie ich przysłowiowych pięciu minut. Taki zabieg postanowił przeprowadzić zespół DNCE, który szturmem wdarł się na rynek muzyczny za sprawą jednej, jakże chwytliwej, piosenki. Przyznam szczerze, nie spodziewałam się zbyt wiele, ale jak się okazało grupa postanowiła debiutować z grubej rury…

DNCE to amerykański zespół, w skład którego wchodzą odpowiednio: Joe Jonas (wokal), Jack Lawless (perkusja), JinJoo Lee (gitara), a także Cole Whittle (gitara basowa). Grupa powstała stosunkowo niedawno, bo w 2015 roku. Na swoim koncie mają jedną EPkę – Swaay. Za sprawą piosenki Cake By The Ocean poznał ich cały świat. Nic dziwnego więc, że pomimo tak krótkiego stażu, grupa dorobiła się kilku nagród m.in. MTV Video Music Awards dla najlepszego debiutu, czy Teen Choice Awards w kategorii najlepsza imprezowa piosenka. Fakt, nie są to może zbytnio prestiżowe nagrody, ale od czegoś trzeba zacząć. Co więcej, DNCE supportowało Selenę Gomez na trasie Revival Tour w 2016 roku.

Pomimo napiętego grafiku, grupa pracowała w studio nad swoim debiutanckim albumem. I oto jest – krążek DNCE ujrzał światło dzienne 18 listopada 2016 roku za sprawą wytwórni  Republic Records. Na wydawnictwie znajdziemy aż 14 piosenek. Warto zaznaczyć, że trzy z nich (tj. Cake By The Ocean, Toothbrush oraz Pay My Rent) mogliśmy już usłyszeć na wyżej wspomnianej EPce. Pierwszym singlem promującym ten debiut została kompozycja Body Moves.

Album tradycyjnie dzielę na dwie części – jedna to energetyczne petardy, druga zaś wolne i ciekawe ballady. Do pierwszej kategorii bezapelacyjnie zaliczają się cztery początkowe utwory tj. DNCE, Cake by the Ocean, Body Moves oraz Doctor You. Kompozycje te są szybkie, żywiołowe, ukierunkowują nas na styl i gatunek, w jakim stworzony jest cały album. Po ich przesłuchaniu możemy odnieść wrażenie, że krążek ten będzie idealnym soundtrackiem do imprezy życia. Dużo energii, skoczne dźwięki, dyskotekowy charakter – od razu da się wyczuć, ze słuchając tego krążka nie będziemy się nudzić. Jedyne zastrzeżenie to to, że Doctor You oraz Cake By the Ocean mają prawie identyczny początek…

Cieszy fakt, że zespół postanowił wymieszać na trackliście te szybsze numery z tymi wolniejszymi. Zaraz po tej żywiołowej petardzie w postaci czterech utworów dostajemy kompozycję Toothbrush, która jest zdecydowanie wolniejsza na tle całej reszty. Do tej spokojniejszej kategorii możemy również zaliczyć piosenki takie jak Truthfully, (które uderza spokojem i przemyślaną kompozycją) czy idealne Almost z piękną partią gitarową i wręcz wyśmienitym wolnym, lecz dosadnym refrenem. Dzięki tym kawałkom grupa udowadnia, że ma talent do robienia także klimatycznych ballad okraszonych pełnymi emocji tekstami.

Dalej grupa serwuje nam jeszcze więcej tanecznych hitów – Pay My Rent, Be Mean, Zoom (do którego mam zastrzeżenia z kategorii bylejakości i to-mi-tutaj-nie-pasuje) oraz Good Day. Jednak osobiście chciałabym wyróżnić dwie kompozycje petardy. Mowa tu o kompozycji Blown, która jako jedyna została nagrana w duecie. W tym kawałku grupie towarzyszy amerykański raper Kent Jones. Śmiem twierdzić, że piosenka zdecydowanie wybija się z tłumu 14 piosenek na albumie, a wspomniana współpraca z Kentem tylko potwierdza moją tezę. Koło refrenu nie da się przejść obojętnie – zaraża swoją przebojowością. Zabieg z nuceniem i klaskaniem okazał się strzałem w dziesiątkę. Tak samo dzieje się przy kompozycji Naked, która na chwilę obecną jest moją najbardziej ulubioną z całego debiutu grupy! Mam cichą nadzieje, że DNCE zdecyduje się wybrać ten numer na kolejny singiel – sukces na miarę CBTO murowany! Wokal Joe w refrenie jest wprost cudowny – chłopak potrafi osiągnąć bardzo wysokie rejestry, udowadniając wszystkim niedowiarkom, że jak chce to potrafi. Warto dodać, że cała kompozycja oparta jest na bardzo zapamiętywalnej melodii, dzięki czemu jest ciekawym, a przede wszystkim dynamicznym imprezowym hitem.

Debiut DNCE zamyka utwór Unsweet, który jest bardzo dobrą kropką nad i. Bardzo sprawnie podsumowuje to, co otrzymaliśmy na całym krążku – jest tak jakby balansem łączącym w sobie to szaleństwo i taneczną część zespołu, a jednocześnie podkreślającą, że jak chcą to potrafią zwolnić tempo i zaserwować dobry kawał ballady.

Podsumowując, DNCE nie bez przyczyny postanowiło nazwać swój debiut tak, a nie inaczej. Już od pierwszych sekund krążka otrzymujemy ogromną dawkę skocznych beatów idealnych na szaloną imprezę, które bez najmniejszego wysiłku podbiją niejeden parkiet. Album DNCE jest wprost stworzony po to, by się przy nim bawić. Ale oprócz dyskotekowych, funkowych kompozycji zespół postawił także na utwory spokojniejsze, takie, które pokazują ich wszechstronność. To właśnie dzięki takiemu zabiegowi, ta debiutancka płyta nie jest nudna, powtarzalna. Na plus zasługuje również wokal Joe Jonasa, który niejednokrotnie wprawił mnie w osłupienie i swego rodzaju zadziwienie.

Jeżeli spodobał Wam się ich debiutancki singiel – Cake By The Ocean, to koniecznie musicie sięgnąć po całą płytę! Gwarantuje Wam, że odnajdziecie na niej niejedną kompozycję, która przebija wyżej wspomniany utwór o głowę. Nie pozostaje mi nic innego, jak tylko pogratulować DNCE tak świetnego debiutu!