O tym dlaczego warto iść dwa razy na ten sam koncert. Felieton Dominiki Konaszewskiej

Często słyszę pytanie, czy nie nudzi mnie chodzenie na koncerty tych samych wykonawców i to w ciągu jednej trasy, czasami dzień po dniu. Przecież każdy koncert jest taki sam, mówią i kręcą głową. Tak było, kiedy trzykrotnie widziałam Jamesa Arthura na trasie (w Berlinie i dwa dni z rządu w Warszawie) bądź One Direction (dzień po dniu w Dublinie). A moja odpowiedź zawsze brzmi podobnie: te koncerty są całkiem inne!
Nie wszyscy to rozumieją, więc zaczynam się zagłębiać w tłumaczenie, a w myślach wciąż pytam, co w tym takiego dziwnego. Dla mnie nic, bo dokładnie widzę to, czym każdy z tych koncertów się różni.

Po pierwsze ludzie. Na każdym z tych koncertów, nawet jeśli jest to drugi już następnego dnia, otaczają mnie całkowicie inni ludzie, których mogę poznać, z którymi mogę porozmawiać, z którymi można dalej utrzymywać kontakt – poprzez Facebooka czy Twittera. Nawet jeśli idę na koncert ze znajomymi, to na miejscu rozmowa z innymi stojącymi w kolejce nawiązuje się sama. Dokładnie ci ludzie mają wpływ na kolejną rzecz, która zawsze jest inna: na atmosferę. Każdemu koncertowi towarzyszy inna otoczka związana z emocjami, jakie odczuwamy w kolejce do wejścia czy w czasie oczekiwania na artystę. Pomimo choćby trzeciego razu z rzędu, zawsze czuje się ten dreszczyk podekscytowania, kiedy gasną światła i rozbrzmiewają pierwsze nuty wprowadzające w całe widowisko. Ta cała „otoczka” zmienia się w sekundę, nigdy nie jest taka sama, jak za poprzednim razem

O czym często się zapomina, to różne miejsca, które przy okazji koncertów można pozwiedzać. Również różne areny, na których te koncerty się odbywają, sprawiają, że całkiem inaczej odbiera się dane wydarzenie: akustyka, rozmieszczenie sceny i siedzeń czy miejsc stojących. Trzeba naprawdę się postarać, by mieć to samo miejsce na dwóch różnych koncertach. Co innego czuje się, gdy jest się w pierwszych rzędach, a co innego, gdy na trybunach.Co dalej?

Sam występ. Małe momenty, czasami zauważalne dopiero po zakończeniu całego przeżycia (zewnętrznie, bo wewnętrznie żyje ono w nas o wiele, wiele dłużej), które są niepowtarzalne. Choćby koncert miał taką samą setlistę, oprawę wizualną i inne tego typu efekty, które ktoś mógłby uznać za powtarzalne, a co za tym idzie – nudne, to my, jako widzowie przeżywający to wszystko na żywo, zawsze zauważymy coś nowego. Małe szczegóły, które umykają za pierwszym razem. Inne interakcje artysty z fanami czy nawet pomiędzy samymi artystami. Nawet uśmiech w stronę publiczności, którego wcześniej nie było, a został wywołany przez sytuację, która poprzednio po prostu nie zaistniała. Pamiętajmy, że wykonawcy, których oglądamy, to też ludzie: każdego dnia mają inny humor, coś innego zwraca ich uwagę. To wszystko składa się na całość koncertu i na nasz odbiór. Do tego dochodzą nasze uczucia związane z danym miejscem, artystą, a nawet poszczególnymi piosenkami.

A gdyby tak opisać jednym słowem, czym różnią się te wszystkie koncerty? Odpowiedzią byłoby to: wspomnienia. Wszystkie wyżej opisane „czynniki” są częściami składowymi wspomnień właśnie i tego, co wynosimy z tej całej podróży. To one są tu najważniejsze i to one kształtują nasze spojrzenie na dany wieczór. Jeśli więc kiedykolwiek ktoś zada Wam pytanie z początku tego tekstu, tak możecie mu odpowiedzieć. Każdy koncert to różne wspomnienia. W dziewięćdziesięciu dziewięciu procentach pozytywne. A nawet gdy jakiś szczegół był negatywny, to dzięki endorfinom, jakie powoduje dudnienie basu w uszach i szybsze bicie serca z ekscytacji, odchodzi on w zapomnienie. Koncert często nas uszczęśliwia i jest momentem, do którego w gorszych chwilach wracamy z uśmiechem na ustach. I to powinno być dla nas najważniejsze.

Czytaj również