Dizzee Rascal – The Fifth (2013), recenzja Kamila Gajdka

Mamy rok 2013 i większość raperów na całym świecie, na siłę stara się robić to co Dizzee Rascal robił dziesięć lat temu. Każda płyta sygnowana gatunkiem hip hop obecnie ma co najmniej jeden utwór oparty na dubstepach i elektronice. Prawda jest taka, że żeby porywać się na rymowanie na takich bitach, trzeba mieć nieprzeciętne umiejętności i technikę, o czym większość mc’s zapomniała.

Gdy Dizzee szalał ze swoim flow na przesterowanych basslineach reszta raperów bawiła się prostymi rymami na podkładach typu: stopa, werbel, stopa, stopa, werbel. Cóż, Dylan Mills wyprzedził kiedyś swoją epokę i za to ma u mnie ogromny plus, bo nie ukrywam, że pierwszą jego produkcję pt Boy In da corner katowałem dość długo. Poza tym Dizzee urzeka mnie swoim luzem. Widząc z nimi wywiady, mam wrażenie, że jest to pozytywnie nastawiony do świata gość wyjęty z filmu Human Traffic, któremu nieobce są wielodniowe imprezy i narkotyki pomagające nie zasypiać przez kilka nocy. Kolejną kwestią jest to, że coraz mniej go słucham, bo to co Dizzee kiedyś mi dawał (innowacyjność i świeżość) zniknęło jak pieniądze z konta ojca Rydzyka. Od kilku lat brytyjski raper jest już niestety mocno osadzony w mainstreamie i serwuje nam popową papkę, co nie znaczy, że robi to źle. Płyta The Fifth jest piątym studyjnym albumem Anglika. Nie obiecywałem sobie po niej wiele i wiele też nie dostałem, chociaż singiel promujący to wydawnictwo, zrealizowany z gościnnym udziałem Robbiego Williamsa jest znakomity. Ten numer pokazuje właśnie dwóch wiecznych imprezowiczów, którzy już swoje przeszli, swoje mają na kontach, a nie przeszkadza im to w tym by czerpać radość z muzyki i stworzyć singiel, który wprawia w ruch nogi i głowy nawet największych ponuraków.

Słuchając albumu The Fifth starałem się znaleźć coś co przypomni starego dobrego grimeowego Dizzeego. Nie było to łatwe, ale coś się udało znaleźć. Bang, Bang, H-town, Here to China na bicie Calvina Harrisa, Bassline Jack, Watch your back to utwory, które mogę śmiało polecić miłośnikom wczesnej twórczości Dizzego. Jak na album, który zawiera 16 kawałków to trochę mało. Co jest natomiast z resztą produkcji? Otóż… lista gośći powie wszystko: Jessie J, will.i.am, Tinie Tempah, Teddy Sky itp. Dostajemy dawkę hitów dla niewiele wymagających imprezowiczów. Superman ze strasznie irytującym refrenem (brzmi to jak Eiffel 65), We don’t play around (również straszny refren!), Good ( pozytywny, spokojny utwór, który może być spokojnie puszczany w RMF czy Zetce). I tak naprawdę tyle. Cały czas w tej recenzji przewija się zwrot impreza, który jest odmieniany w różnych konfiguracjach. Nie jest to przypadkowe. Dizzee zrobił typowo przebojową płytę, która zadowoli niewybrednych słuchaczy i rozkręci wiele imprez. Dla mnie to za mało. Kiedyś Anglik postawił sobie bardzo wysoko poprzeczkę, a teraz po prostu zmienił dyscyplinę. Jednak jest jeszcze rzecz na którą warto zwrócić uwagę. Dizzee mówiąc językiem potocznym zjada wszystkich raperów. Nawet na głupich popowych piosenkach pokazuje miejsce w szeregu wszystkim porywającym się na elektronikę. Ma flow, ma styl, ma dobre teksty i zdaję się mówić: muzycznie mnie dogoniliście, za to z flow i techniką jestem dalej 10 lat przed Wami.

Na zakończenie jeszcze jeden utwór, który właściwie stanowi pomost pomiędzy starym, dobrym Dizzeem, a współczesnym popowym. Zwróćcie uwagę na flow, przyspieszenia, zmianę tempa (jest mistrzem) No i klip! Ach to brytyjskie poczucie humoru

Dizzee Rascal The Fifthhttps://allaboutmusic.pl/?attachment_id=53049

Czytaj również