Dido jeszcze do pewnego czasu kojarzyłam jedynie z utworem Stan Eminema, w którym użyto fragmentów piosenki Thank You oraz nagraniem White Flag. Nigdy jednak nie miałam ochoty na zapoznawanie się z jej dyskografią. Jednak w ręce wpadła mi jej najnowsza płyta Girl Who Got Away i… ostatnio nie słucham niczego innego.
Dido nie jest wokalistką, która wydaje płyty co rok, by publiczność o niej nie zapomniała. Mimo, iż zadebiutowała w 1999 roku albumem No Angel, wydała dopiero cztery krążki. Najnowszy, Girl Who Got Away, to następca Safe Trip Home z 2008 roku. Pięć lat to sporo czasu. Zmieniły się trendy, nastąpiło przetasowanie na liście najpopularniejszych artystów. Dido na szczęście nie poszła w ślady Jennifer Lopez czy Madonny, które sięgając po klubowe rytmy próbowały się odmłodzić i zwrócić na siebie uwagę młodszych odbiorców. Ona pozostała sobą, stojącą gdzieś z boku artystką, która nie ogląda się na innych, a nawet jeśli sięga po współczesne brzmienia, modyfikuje je tak, by nie raziły po uszach tandetą i kiczem.
W pracy nad nowym krążkiem wspierał Dido jej brat – Rollo, założyciel grupy Faithless. Nie tylko wyprodukował większość kawałków, ale i brał udział w pisaniu tekstów. Oprócz niego swoje trzy grosze wtrącili tacy producenci jak Rick Nowels (The Power of Goodbye Madonny), Greg Kurstin (Try P!nk) oraz Brian Eno (album Achtung Baby U2).
Zaczyna się naprawdę pięknie. No Freedom, singlowy numer, to subtelny, delikatny utwór. Zachwycił mnie od pierwszego przesłuchania. To jedna z tych piosenek, w której bardzo łatwo się zakochać. Chwyta za serce. Tytułowy numer, Girl Who Got Away, nazwać możemy elektroniczną balladą. Jednak muzyka jest na drugim planie, dopiero za smutnym wokalem Dido. Dalej mamy jeszcze Let Us Move On, które pięknie łączy w sobie delikatną elektronikę oraz hip hop. Artystce w tym utworze towarzyszy Kendrick Lamar. Na początku miałam trochę obaw, jak w takiej piosence wyglądać będzie partia tego hip hopowego wokalisty, ale wszystko do siebie dobrze pasje, dopełnia się. Blackbird to pierwsza z bardziej przebojowych, powiedziałabym nawet, że tanecznych, piosenek na albumie. W taneczne rejony Dido zawędrowała również w utworze End of Night. Jednak o ile bardziej ta piosenka podoba mi się niż Blackbird! Jest ciekawsza, bardzo szybko wpada do głowy i nie chce jej opuścić.
Po ostatnich taktach End of Night Dido zmienia kierunek i serwuje nam akustyczną balladę Sitting on the Roof of the World. Muzyka w tym nagraniu jest ledwie wyczuwalna. Niezwykły, nieziemski wręcz klimat, tworzy swoim wokalem sama artystka. W podobnym stylu jest zamykający album kawałek Day Before We Went to War. Ballady balladami, ale uczta dźwięków się jeszcze nie kończy. Mamy tu wyraziste, bujające Love to Blame; pulsujące delikatną elektroniką Go Dreaming oraz zgrabne, klimatyczne Loveless Hearts. Koniecznie trzeba posłuchać piosenki zatytułowanej Happy New Year, z której aż bije spokój, ale i tęsknota oraz melancholia. To jeden z najlepszych utworów na Girl Who Got Away.
Nie przypuszczałam, że czwarty album Dido tak bardzo mi się spodoba. To dawka świeżej, pasującej do artystki muzyki. Cieszę się, że Dido przekłada sukces artystyczny nad świetną sprzedaż i pierwsze miejsca na listach przebojów. Płyta Girl Who Got Away jest dopracowana, przemyślana i nastrojowa. Po przetłumaczeniu tytułu na polski otrzymujemy Dziewczyna, która uciekła. Od czego? Na pewno od wtórnych dźwięków i beznadziejnych piosenek. Dido uciekła do swojego własnego świata, może nie idealnego, ale uroczego i ładnego. Zaprasza nas, byśmy towarzyszyli jej w tej wyprawie. Włączmy album Girl Who Got Away i dajmy muzyce działać. Prawda, że od razu lepiej?



