Ulubiony amerykański hipster powrócił. Król psychodelii wydaje nową płytę, dziewiątą w swoim bogatym muzycznym dorobku. Jednocześnie przekonuje, że bez fajerwerków i ekscentryzmów towarzyszących jej promocji można zafundować słuchaczowi wybitnie zaspokajające muzyczną rządzę dzieło. Ape in Pink Marble jest ucieczką od hałasu i pędu przerażającej codzienności, niczym autorską terapią w walce z problemami cywilizacji zafundowaną przed doktora Banharta. Uwaga! Płyta ma działanie narkotyczne i potrafi uzależnić. Należy obchodzić się z nią ostrożnie.
Wcześniej zastanawiałam się czy Devendra Banhart wróci na scenę z szalonym, rytmicznym albumem, obezwładniając kolorami pulsującymi w głowie przez same tylko dźwięki. Artysta, który wystąpił jednak w Polsce kilka tygodni temu z niemalże szeptanym występem na Off Festivalu postanowił zminimalizować żywiołowość w stylistyce i uczynić dla nas smakowitą ucztę niemalże na pożegnanie wakacji. Maestro zaczyna grać.
Rozpoczynamy spokojnie, zaintrygowani powolnym zawodzeniem w Middle Names. Z Good Time Charlie czujemy się porywani w wir podróży, wycieczki nadzwyczajnej, w pewnym sensie pozazmysłowej. Banhart, powszechnie znany ze swoistego „narkotycznego” stylu śpiewania nie pozwala zwątpić w prawdziwość tego twierdzenia i przy pomocy lekko przetworzonego głosu zabiera słuchacza w odległe krainy. Jest pasjonująco, ale relaksująco. „As beautiful as you” pojawia się nieprzerwanie w Jon Lends a Hand- karuzela niekończących się słów i zachwytów.
W Fancy Man jest już znacznie szybciej i żywiołowo. O ile jego dynamizmu na Ape in Pink Marble nie można absolutnie porównać do energii przebojów takich jak Carmencita czy Foolin kilka lat wcześniej, z każdym kawałkiem robi się coraz bardziej tanecznie i rytmicznie. Fig in leather to już wyzwanie rzucone w stronę kończyn i zmierzenie mocy silnego charakteru broniąc się przeciw nie klaskaniu czy tupaniu w rytm nogą.
Płyta idealna do odprężenia, do odpoczynku, do zabrania w dalekie rejony w podróż po świecie, krainie marzeń, fascynacji i adoracji. U Banharta wszystko wydaje się piękne, optymistyczne i pozbawione wszelkiej agresji i brzydoty.
Theme for a Taiwanese Woman in Lime Green nazwałabym sztandarową, banhartowską kompozycją. Jest nostalgicznie, jest romantycznie, w tle gitara i piękne klawisze. Całość wieńczą smyczki i chóry. Souvenirs to rzeczywista pamiątka z podróży. Przed oczami maluje mi się hotel w Kalifornii i deszcz za oknem. Bezcenne struny gitary i delikatne uderzenia w klawisze dopełniają klimatyczne dzieło. Wokalista maluje głosem muzyczną widokówkę. Zachęca do wkroczenia w otchłań zapomnienia, przedstawia piosenkę będącą ideałem na letni, nocny dancing.
Wspominając o tańcu, kolejny na ścieżce pojawia się Mourner’s Dance. Następny charakterystyczny dla muzyka, elektronicznie urozmaicony utwór z domieszką orientalnych akcentów. Ten niespieszny pląs świetnie sprawdziłby się w Saturday Night, gdzie znów mamy do czynienia z cichym, lekkim śpiewem wkomponowanym w syntetyczne, specyficzne nuty. Na koniec Linda jako pożegnanie, powolne, długie, ciągnące się w nieskończoność.
Gitary na płycie Ape in Pink Marble są niezawodne, klawisze bezcennie dopełniają muzycznej całości. Banhart króluje w freak-folkowej stylistyce, emanuje opanowaniem i artyzmem. Uwielbiam eteryczność tych krótkich kompozycji- całego krążka słucha się w zatrważająco ekspresowym tempie! Z tym niepokojem spędziłam z albumem wyborne przedpołudnie, namiętnie wsłuchując się w głos wokalisty i odpływając. Data wydania broni całość magicznej ścieżki dźwiękowej- album będzie bowiem idealną propozycją na długie jesienne wieczory, odtwarzany w kółko, prędko, molestując przycisk play w odtwarzaczu.
Ta płyta uspokaja, wycisza. Zachwyca swoją prostotą i delikatnością. Po sukcesie poprzedniego wydawnictwa Mala, trzy lata później Banhart postanowił pobawić się z publicznością, wrócić sentymentalnie do pierwszych albumów i łagodnych kreacji, które pokochaliśmy. Został uwielbiony za swoje gitarowe, beztroskie utwory i lekko niedbały styl śpiewania, który emocjonalnie przenosił nas w strefę chilloutu, a geograficznie na przeciwległą półkulę do kultur Ameryki i Wenezueli, których wpływ nakreślił jego muzyczną ścieżkę.

