Coraz rzadziej nagrywane są albumy w pełni zgodne z wolą danego artysty – albo zgadzasz się na kompromisy z producentami i wytwórnią, albo nadal nagrywaj do szuflady. Zrobienie międzynarodowej kariery na muzycznym rynku, gdzie konkurencja jest gotowa w każdej chwili bezwzględnie użyć cię jako trampoliny do swojego sukcesu, to nie lada sztuka. Przypadki, gdzie to korporacje walczą o jednostkę stanowią druzgocącą mniejszość. Dev, a właściwie Devin Star Tailes amerykańska raperka i tekściarka po publikacji debiutanckiej płyty pod skrzydłami Universal Republic zaserwowała fanom ponad trzyletnią wydawniczą ciszę. Teraz wokalistka nakładem własnej Rica Lyfe Records prezentuje dwie EP-ki z cyklu Bittersweet July zawierające po pięć premierowych utworów stworzonych głównie przez samą zainteresowaną i producenckiego speca NanosauR. Czy Dev wyszła z tego obronną ręką? Czy ta niezależność muzyczna działa na jej korzyść?
Pretendująca do miana królowej klubowych parkietów, czy jak kto woli następczyni Tiesto tudzież Armina van Buurena, wokalistka karierę zawdzięcza swojemu kawałkowi pt. Booty Bounce. Sample z niego użyli panowie z Far East Movement w Like a G6, co katapultowało również i Dev na sam szczyt list przebojów, w tym na amerykańską Billboard100. Po tym ze wsparciem The Cataracs nagrała swój debiutancki album The Night the Sun Came Up, który powiedzmy sobie szczerze okazał się komercyjną klapą. Pojawiły się problemy z jego dostępnością, promocją, nie mówiąc już o tym, że postanowiono dograć kilka nowych numerów i wydać rozszerzoną wersję w Stanach ponad pół roku po oficjalnym terminie, gdzie krążek dostępny był już w internecie na świątecznych wyprzedażach. Nonsens. Wokalistce nie zaszkodziło to jednak w tym, aby wszyscy zachwycali się singlami Bass Down Low i In The Dark, choć moim faworytem był i nadal jest hipnotyzujący numer Dancing Shoes. To wszystko jednak działo się w 2011 roku, a nowego albumu jak nie było tak nie ma. Chociaż ostatnio w głośnikach usłyszeć ją mogliśmy w numerach Timbalanda, Davida Guetty, Demi Lovato, Erica Saade to z wypiekami na twarzy także polscy fani czekali na jej solowe propozycje.
Bittersweet July to pierwsza solowa EP-ka Dev wydana pierwszego dnia kalendarzowej jesieni. Pierwsza kompozycja, Honey Dip to muzyczna przystawka przed głównym daniem – chilloutowa z połamanym beatem i lekko rapującym wokalem autorki przekonywującym nas I can be a real girl in this fake world. Nieco mocniej jest w Feel It, przy którym wyraźną inspiracją były hity z początków tamtej dekady: pulsujący rytm i aż zanadto edytowany wokal nie sprawią jednak, że wcisnę na odtwarzaczu przycisk return. Apogeum przebojowości w tej EP-ce osiągnięto przy chwytliwym, futurystycznym Baby, We Go. Kawałku, który najbardziej przypadł mi do gustu. Mistrzowska i co najważniejsze nie przytłaczająca elektronika przy której dość infantylnie Dev śpiewa o swojej pierwszej miłości, co w ogólnym rozrachunku takie rażące nie jest. Kids z kolei łączy ze sobą dosyć hip-hopowe zwrotki z popowym refrenem, gdzie nie sposób nie docenić świetnego flow, wyczucia wokalistki. Aż ciśnie się na usta, że to udoskonalona wersja wydanego jakiś czas przed EP-ką singla zatytułowanego Kiss It, który ostatecznie na mini wydawnictwie się nie znalazł. Niezaprzeczalne podobieństwo.
Wydana trzy miesiące później następczyni powyższej EP-ki (z dopiskiem Pt. 2) już od pierwszych dźwięków udowadnia, że mamy do czynienia z dużo bardziej klubowym materiałem. Wystarczy również spojrzeć na seksowną okładkę albumu, aby się o tym przekonać – ciemny koloryt widoczny jest w takich kawałkach jak Parade, The Night Is Young czy You Want Me. Ten ostatni zaczyna się z wysokiego C (do czego Dev zdążyła nas przyzwyczaić przykładem wcześniejszych dokonań) od sampli rodem z Dark Horse Katy Perry, swoją drogą ostatnio bardzo modnych. Dopiero w tych numerach w pełni odsłonięte są electropopowe inspiracje, wybuchające w doskonałym na klubowe, piątkowe wieczory Celebrate The Weekend. Mimo wszystko jednak po pierwszym odsłuchu 'Bittersweat July II’ można mieć wrażenie lekkiego bałaganu. W przeciwieństwie do poprzednika bowiem elektronika tu jest aż nazbyt ciężka i schematyczna, skutkiem czego niełatwo odróżnić kiedy pierwszy utwór się kończy, a drugi zaczyna. Warstwa tekstowa tej EP-ki również nie budzi podziwu, co zrzucam na fakt, że to bądź co bądź muzyka klubowa i poetyckości tu nie znajdziemy.
Cieszę się, że Dev postanowiła nagrać nowy materiał na własną rękę. Pomoże jej to niezaprzeczalnie ze znalezieniem swojej muzycznej drogi, której na podstawie Bittersweat July jak na razie niestety nie znalazła. Utwory te są trochę jak tytułowe połączenie: czasami zaskakujące swoją przebojowością i popowym drygiem, innym razem z kolei emanujące schematyczności i pełnych chaosu. Wierzę jednak, że tak jak Amerykanka śpiewa w jednym ze swoich nowych numerów, I’m a long story with an end open, niejednokrotnie nas jeszcze zaskoczy.




