Def Leppard – Def Leppard (2015), recenzja Dominiki Mrówczyńskiej

Jeśli ktoś nigdy nie słyszał o zespole Def Leppard, to przesłuchanie płyty zatytułowanej dokładnie tak samo jak brzmi nazwa zespołu, jest trafieniem w dziesiątkę. Def Leppard idealnie portretuje ich dotychczasową twórczość. Zespół gra wspólnie już prawie 40 lat, a dopiero teraz zdecydował się wydać płytę, która jest w pewnym sensie the best of. Z tą różnicą, że składa się z nowych utworów. A co najważniejsze – bardzo dobrych kompozycji!

W pierwszych dźwiękach płyty, przy utworze Let’s Go słychać trochę bardziej wyrazisty riff, który w trzeciej minucie utworu przeradza się w całkiem przyjemne dla ucha solo gitary prowadzącej. Już na samym początku nie ma się wątpliwości, do kogo należy ta kompozycja. Let’s Go jest swoistym powrotem zespołu do czasów płyty Hysteria z 1987 roku. Zaraz po tym utworze pojawia się nie mniej energetyczne Dangerous, które podbija listy przebojów rockowych radiostacji. Nośny refren w wykonaniu Joe Elliotta i kolejne solo gitary, jednak trochę mniej znośne niż w poprzednim utworze.

Do kompozycji, które idealnie prezentują twórczość Def Leppard można zaliczyć również All Time High, gdzie po raz kolejny pojawia się melodyjny, wyrazisty refren. Kompozycja właściwie prosta, bez zaskoczenia. Ale na tym właśnie polega siła muzyki zespołu. Do tej samej grupy utworów wrzuciłabym jeszcze Sea Of Love. „You’ll be sailing in the sea of love”, śpiewa w refrenie Elliott. Właśnie to żeglowanie można odczuć przy odsłuchiwaniu utworu. Płynne przejścia z mocniejszych zwrotek do nieco delikatniejszych refrenów. Istna żegluga po dźwiękach. Na płycie znajduje się jeszcze jeden utwór, zaliczający się do charakterystycznej muzyki zespołu, mianowicie Broken’N’Brokenhearted. Prezentuje on dokładnie ten sam schemat, co jego poprzednicy.

Jednak Def Leppard to nie tylko energetyczna siła. Jak na rockową muzykę przystało na płycie znajdziemy kilka ballad. We Belong, Last Dance oraz Blind Faith uspokajają tempo nadane w Def Leppard. Na największą uwagę spośród tych trzech utworów zasługuje Blind Faith. Nie ze względu na warstwę muzyczną, zamykającą się w dźwięku gitar, pojawiającej się w tle perkusji i wokalu, a poprzez wzgląd na tekst. Joe wyjaśnił w jednym z wywiadów, że co raz częściej spotyka ludzi ślepo wierzących w zorganizowane grupy religijne. Tym utworem stara się im otworzyć oczy na działania kościołów i różnicę między nimi, a wiarą. Muzycznie natomiast wyróżnia się Last Dance. Jedyny utwór na całym albumie, w którym tak ewidentnie słychać akustyczne dźwięki.

Na koniec to, co najlepsze na płycie, czyli utwory Man Enough, Battle Of My Own oraz Invincible. Dużo mówiło się o inspiracji Def Leppard zespołem Queen. Gdyby tak włączyć Another One Bites The Dust i Man Enough, to nikt nie będzie miał wątpliwości, że utwory są dla siebie częściowym odbiciem lustrzanym. W Battle Of My Own można odpocząć od dźwięków perkusji, a sama gitara nadaje całkiem dobry rytm. Natomiast Invincible jest tym złotym środkiem pomiędzy powrotem Def  Leppard do nagrań z lat ’80 i ’90, a powiewem świeżości.

Czekając 7 lat na nowy studyjny album fani mieli okazję słuchać dwóch albumów koncertowych, którymi na pewno wracali do starych utworów zespołu. Pojawienie się płyty Def Leppard potwierdziło tylko, że band nie stracił swojego charakterystycznego i energetycznego brzmienia. Pomimo takiego stażu nadal potrafią stworzyć muzykę, której chce się słuchać. Jedno, czego nigdy nie zrozumiem to wrzucanie Def Leppard do worka z muzyką hard rockową czy nawet heavy metalową. Po przesłuchaniu tej płyty można stwierdzić, że jest to rock w czystej postaci.

Czytaj również