Jeśli uważaliście, że występ Islandczyków podczas Eurowizji 2021 był osobliwy, to nie jesteście gotowi na szaleństwa samego Daðiego Freyra. W ramach poznańskiej serii koncertów „Lato W Plenerze”, miałem niesamowitą szansę zobaczyć jego popisy na własne oczy. Przed Wami moja subiektywna relacja, gdzie podzielę się z Wami wrażeniami i emocjami, jakie udzielały mi się podczas tego jedynego w swoim rodzaju wydarzenia!

Jeśli nadal nie wiecie komu poświęcamy ten artykuł, zapraszamy do wcześniejsze lektury zapowiedzi koncertu Daðiego Freyra, którą znajdziecie TUTAJ. Ponadto, jeśli nie mogliście pojawić się jego piątkowym koncercie w poznańskim klubie B17, sprawdźcie naszą FOTORELACJĘ, przygotowaną przez Dorotę Kutnik.
Zawsze uważałem, że dobrego artystę można poznać po tym, czy jego kompozycje brzmią równie dobrze, jeśli nie lepiej, gdy są wykonywane na żywo. W przypadku Daðiego Freyra nie mam wątpliwości, że zdecydowanie należy do grona artystów, dla których scena to miejsce, gdzie naprawdę mogą pokazać na co ich stać. Islandczyk nie jest tylko utalentowany, bo na dodatek potrafi ten talent zaprezentować, sprawiając sobie samemu naprawdę dużo radości, przy okazji bawiąc również i swojego fana. Dawno nie spędziłem czasu tak dobrze, jak na tym jednym koncercie, bo uciechę dawała mi nie tylko muzyka, ale również jego nadzwyczajnie umiejętności wodzireja.

Co rusz Daði sypał absurdalnymi żarcikami, bądź próbował nas przekonać, że nie wie czemu po raz kolejny robi z siebie pajaca. Była też chwila, że musiał się schować pod swoją konsoletą, w końcu wstyd bywa paraliżujący, prawda? Dochodziło też do wielokrotnych prób powiedzenia czegoś po polsku. Być może nie udało mu się ze słowem „dziękuję”, ale „na zdrowie” bez problemu przeszło mu przez usta. Nie obyło się też bez klasycznego żarciochu „that’s what she said”, który stanowił puentę publiczności do w zasadzie wszystkiego, co Freyr próbował jej przekazać. Nie obyło się też bez skandalu, gdzie Islandczyk nie wahał się sięgnąć po alkohol, co sam uznał za absolutny brak profesjonalizmu ze swojej strony. Jednak poza tymi wszystkimi skandalicznymi incydentami, koncert okazał się być naprawdę udany.

Jeśli chodzi o samą muzykę, to poza swoimi eurowizyjnymi klasykami, czyli 10 Years oraz Think About Things, nie zabrakło też utworów znanych przez jego najwierniejszych fanów. Wszyscy świetnie bawiliśmy się przy Feel The Love, gdzie wokalnie popisała się przed nami Ylva Øyen. Zrelaksowaliśmy się przy Clear My Mind, aby kontynuować zabawę przy Skiptir Ekki Máli. Ponadto poznaliśmy dwie piosenki, które nie doczekały się jeszcze swojej oficjalnej premiery, czyli Shut Up oraz I’m Fine. A to wszystko zwieńczyły wręcz transcendentalne doznania dostarczone dzięki reinterpretacjom kultowych Kaczuszek oraz All Star z repertuaru zespołu Smash Mouth. Istna muzyczna mieszanka wybuchowa, w dodatku godna tych dziewięćdziesięciu minut koncertu pełnego wręcz ekstatycznej zabawy.
Jeśli nadal zastanawiacie się czy warto zobaczyć Daðiego Freyra oraz jego ekipę na scenie, to nie wahajcie się ani jednej chwili. Gdy znajdziecie czas oraz koncert w swojej najbliższej okolicy, nie widzę powodu, żeby nie doświadczyć muzyki Islandczyka na żywo. Daði Freyr nie tylko dostarczy Wam świetnych melodii, ale i humoru w swej specyficznej, choć doprawdy wysokiej jakości. Gwarantuje – nigdzie indziej nie zaznacie takiej dawki rozrywki!F
Fotorelacja Doroty Kutnik






































