
22 marca na platformie Netflix zadebiutowała fabularna historia zespołu Mötley Crüe zatytułowana „Brud”. Film w reżyserii Jeffa Tremaine’a oparty jest na legendarnej książce „Brud. Wyznania gwiazd rocka cieszących się najgorszą sławą” spisanej przez Neila Straussa. Książka wstrząsnęła światem w 2001 r. ukazując blaski i cienie sławy kalifornijskiej grupy i z miejsca stała się bestsellerem. Z kolei jedyne czym wstrząsa film, to tym, jak bardzo twórcy filmu nie zrozumieli fenomenu grupy i jest to tym bardziej dziwne, że w produkcji pomagali sami muzycy.
Ten zespół zna każdy fan rocka. Nie trzeba lubić ich muzyki, by kojarzyć takie kawałki jak Home Sweet Home, Shout at the Devil czy Girls, Girls, Girls. Mötley Crüe to grupa czterech outsiderów, którzy wstrząsnęli kalifornijską sceną lat 80. nie tylko swoją muzyką, ale też zachowaniem pełnym skandali i ekscesów, wykraczających poza obowiązujące wtedy normy, nawet w świecie gwiazd rocka. Alkohol, narkotyki, seks i demolka były dla Nikkiego Sixxa, Tommy’ego Lee, Vince’a Neila i Micka Marsa chlebem powszednim, sposobem na przebicie się z dusznych sal punkowych klubów Los Angeles na stadionowe koncerty przy pełnych trybunach. Im większa zadyma, tym lepiej, choć jeśli dokładnie przyjrzeć się ich muzyce, można zorientować się, że mamy do czynienia nie tylko z nieznającymi granic buntownikami, ale utalentowanymi artystami, dla których muzyka była w życiu czymś ważnym.
Nie byliśmy kapelą, tylko bandą – bandą pojebów – mówi na początku Nikki Sixx. I te słowa rzeczywiście oddają, obraz tego, czym był Mötley Crüe, ale twórcy jakby bali się pokazać to w pełni. Po obejrzeniu całości, zdajesz sobie sprawę, że najmocniejsze akcenty pojawiły się na początku, a film zupełnie stracił tempo w drugiej części całkowicie zmieniając swoją wymowę.
Pierwsza część skupia się na imprezowym życiu bohaterów, powstaniu zespołu i koncertach granych w Los Angeles. Widzimy jak coraz większe ilości alkoholu, narkotyków i seksualnej rozpusty przeplatają się z coraz większym sukcesem komercyjnym zespołu. Do czasu. Mniej więcej w połowie filmu dochodzi do wypadku samochodowego spowodowanego po pijanemu przez Vince’a Neila, w którym ginie Razzle, perkusista Hanoi Rocks. To punkt zwrotny, w którym historia zespołu przeradza się w ckliwą opowieść, o tym jak przekraczanie granic i zapomnienie się w używkach prowadzi do upadku i katastrofy w życiu osobistym naszych bohaterów. Dalsza część pokazuje problemy ze sławą Mötley Crüe, coraz większe uzależnienie od narkotyków, prowadzące Nikkiego Sixxa do śmierci klinicznej, z której ratuje go tylko determinacja lekarza i dwie dawki adrenaliny. W końcu po konflikcie z resztą kolegów z zespołu odchodzi Vince – wątek ten jest tłem dla jego bezsilności wobec problemów zdrowotnych kilkuletniej córki, które ostatecznie prowadzą do jej śmierci.
Film jest nierówny, całkiem niezła pierwsza część przechodzi w zupełnie nieudaną drugą. Twórcy jakby nie mogli się zdecydować, czy film ma być kroniką imprezowych ekscesów i romansów, czy portretem psychologicznym członków zespołu, na który składały się ich problemy z uzależnieniem, trudne dzieciństwo, nieudane życie osobiste i w końcu zastopowanie kariery. Proces twórczy został właściwie zupełnie pominięty, muzyka Mötley Crüe jest w tej historii nic nieznaczącym elementem. O ile w książce to zrozumiałe, o tyle dla filmu to aż nadto widoczny mankament.
W efekcie twórcy nie pokazali blasków i cieni rockowej sławy, która w przypadku członków Mötley Crüe pociągnęła ich na samo dno. Film popada z czasem w ckliwą historyjkę z morałem, która sprowadza się do tego, by przestrzec widza przed skutkami imprez, używek i rock’n’rollowego stylu życia. Na koniec dostajemy coś w rodzaju happy endu, kiedy członkowie zespołu wracają razem na scenę, a w tle słowa narratora ogłaszają, że grali jeszcze przez 20 lat.
Film nawet nie zbliżył się klimatem do swojego literackiego pierwowzoru i aż dziwne jest to, że muzycy Mötley Crüe, biorący udział w powstawaniu filmu, zaakceptowali jego ostateczną wersję. Nie wywołuje żadnych emocji poza współczuciem w scenach z umierającą córką Vince’a lub obrzydzeniem dla zachowania członków zespołu i skali ich upadku moralnego. Gdzieś w tym wszystkim przepadła muzyka Mötley Crüe, która na nowo zdefiniowała muzykę metalową lat 80., zdobywając rzesze fanów na całym świecie, by dać się zepchnąć w cień na początku lat 90. przez rodzący się w Seattle grunge.
To brudna i sprośna historia gwiazd rocka, a jednocześnie tak przekonująca, że wdziera się w psychikę odbiorcy. Szkoda, że to zdanie pasuje tylko do książki, ale już nie do filmu. Jeśli w wasze ręce trafiła kiedyś pozycja z butelką Jacka Danielsa na okładce, to produkcję Netfliksa możecie sobie bez żalu odpuścić.
