Magia – tak najprościej można opisać emocje towarzyszące podczas koncertów Aurory. Jednak żeby nie pozostać gołosłownym poniżej znajdziecie uzasadnienie tego twierdzenia.
Wokalistka jako znana Aurora w czerwcu tego wydała swój piąty album w karierze – What Happened To The Heart? Z tej okazji Norweżka wyruszyła w światową trasę koncertową, w której planie znalazły się dwa przystanki w Polsce. Wokalistka 23 września odwiedziła Kraków, a dzień później zagrała w Warszawie. My byliśmy na tym pierwszy wydarzeniu i mamy z niego relację.
Koncert otworzył support w postaci brytyjskiej wokalistki Unflirt. Artystka o niezwykle przyjemniej barwie głosu podzieliła się z publicznością próbką swojej twórczości, którą można najprościej zdefiniować jako indie pop z domieszką gitar. Wśród półgodzinnego występu wybrzmiał między innymi nieopublikowany jeszcze utwór Talk To Me, który zrobił na mnie zdecydowanie największe wrażenie i nie mogę się doczekać oficjalnej premiery. I chociaż typ muzyki prezentowany przez Unflirt nie jest może moim ulubionym, tak na pewno będę regularnie zerkał na rozrost jest dyskografii.
Właściwa część wydarzenia zaczęła się od bardzo miłego gestu. Po wyjściu na scenę Aurora podziękowała polskim widzom i nawiązała do swoich pierwszych występów w naszym kraju, które miały duży wpływ na jej rozwój jako artystki scenicznej. Zaraz później zaczął się spektakl muzyczno-wizualny. Widowisko jest dokładnie przemyślane, okraszone ciekawymi wizualicjami, które doskonale uzupełniają show i dodają mu głębi. I chociaż setlista opierała się na utworach z ostatniej płyty, tak nie mogło także zabraknąć wypadów w muzyczną przeszłość artystki. Dla mnie najbardziej wzruszającym momentem wieczoru było wykonanie Exist for love, przy którym miałem ciarki. Równie chwytającym za serce był moment wieńczący koncert, czyli utwór Invisible Wounds (połączone z A Little Place Called the Moon).
Jednak koncerty Aurory to nie tylko okazja do podziwiania sztuki i refleksji. Podczas wydarzenia znalazło się także miejsce na taniec czy nawet wykrzyczenie negatywnych emocji. Sama wokalistka z kolei urodziła się po to, aby występować przed publicznością. Artysta roztacza wokół siebie trudną do zdefiniowania aurę magii i mistycyzmu, a głos Norweżki na żywo jeszcze bardziej zachwyca niż w wersji studyjnej. Jest to na tyle imponujące, że Aurorze w zdecydowanie większej części koncertu towarzyszy (w zależności od utworu) mniej lub bardziej skomplikowany ruch sceniczny. Po problemach zdrowotnych, które towarzyszyły ostatnio bohaterce wczorajszego wieczoru, nie było ani śladu. Jak przyznała sama zainteresowana pomóc w tym miało… polskie piwo.
W przerwach pomiędzy poszczególnymi utworami Aurora oczarowywała swoją energią i charyzmą. I tak mogliśmy się dowiedzieć między innymi czemu umieszczanie różnych rysunków na kartce z setlistą nie jest najlepszym pomysłem. Oprócz tego od artystki biła niesamowita naturalność i spontaniczność – było czuć, że wokalistce sprawia radość występowanie na scenie, nie bała się wchodzić w interakcje z publicznością i na bieżąco reagowała na odpowiedzi publiczności, a jej przemowy to nie sztampowe formułki, powtarzane w każdym mieście, w którym występuje. Czuć w nich było naturalność i swobodę, bez grama żadnego fałszu. Aurora jest także znana z działań o szeroko pojęte prawa człowieka. Tak więc pod koniec utworu Queendom wokalistka wyciągnęła flagę społeczności LGBT+, a Tauron Arena zamieniła się w tęczową dyskotekę. Zaraz później artystka nawiązała do regionów na świecie dotkniętymi różnymi konfliktami, prosząc o pamięć o takich miejscach jak Palestyna (ta flaga także się pojawiła), Ukraina, Sudan czy Demokratyczna Republika Konga.
Podsumowując – koncerty Aurory to prawdziwe przeżycie. Sam spektakl jest świetnie zaplanowany i robi ogromne wrażenie swoim czarodziejskim klimatem i oprawą. Wokalistka zaś to prawdziwe zwierzę sceniczne, które w sekundę zjednuje sobie publiczność. Jedynie, do czego mógłbym się przyczepić to czas trwania koncertu – aż chciało by się spędzić na nim więcej czasu niż niecałe dwie godziny, które niesamowicie szybko minęły. Jednak rytuał ten to prawdziwa paleta emocji – po niepokój, przez smutek, zachwyt aż na euforycznych uniesieniach kończąc. Tak chyba można opisać koncert idealny? Jeżeli więc będzie mieć okazję, to idźcie zobaczyć Aurorę na żywo. I nawet jeżeli nie jesteście wielkimi fanami twórczości Norweżki to gwarantuję Wam, że będzie się doskonale bawić.
Fotorelacja Sławomira Dudy















