O Damie z brodą, jak nazywana jest Conchita Wurst, świat usłyszał w 2014 roku kiedy w Kopenhadze wygrała Konkurs Piosenki Eurowizji. To właśnie wtedy, po raz kolejny od czasów 1998 roku, zwycięzca mocno podzielił odbiorców wydarzenia na całym świecie, jednak nikogo nie pozostawiając obojętnym. Jedni zafascynowani odwagą i talentem oraz ci, którzy twierdzili, że nie ma nic do zaoferowania poza krzykliwym wizerunkiem. Okazało się, że jednak ma o wiele więcej, a tegoroczna jesień w dyskografii artystki właśnie nabrała muzycznych barw dzięki współpracy z orkiestrą symfoniczną i ich From Vienna with Love.
Austriacka drag queen w którą wciela się Thomas Neuwirth, od czasu triumfu na eurowizyjnej scenie wydała solową płytę, sięgnęła po mnóstwo nagród i występowała na różnych szerokościach geograficznych, od berlińskiej Filharmonii, przez londyński teatr Palladium, aż do Opery w Sydney. Do tego aktywnie angażuje się polityczne oraz działa na rzecz środowisk LGBT. Wróćmy jednak do studyjnego debiutu z 2015 roku. Wokalnie szlachetny pop, który zawierał szereg melodii na parkiet i dosadne ballady, a nawet swing. Niejednostajność wciąż daje o sobie znać w karierze Conchity, która jest na tyle artystycznie dalekosiężna, że dziś śmiało czerpie wpływy muzyczne z całego kontynentu europejskiego. Nowy album to również zmiana kierunku.
Druga płyta From Vienna With Love jest efektem odnalezienia się Conchity w klimatach filharmonicznych. Do połączenia sił ze słynnym Wiener Symphoniker doszło podczas wspólnego występu w Wiener Festwochen w 2017 roku. Zainspirowani tym sukcesem, stworzyli studyjne wersje kompozycji opartych na żywym dźwięku instrumentów, zaś repertuar przemieszano zarówno z solowym dorobkiem jak coverów będących standardami muzyki filmowej oraz pop. Ewidentnie zostały one dobrane tak, aby odzwierciedlały zarówno wrażliwość Conchity, jak i naturę orkiestracji. Album rozpoczyna się od bondowskiego motywu Writing’s the Wall, pierwotnie wykonywanego przez Sama Smitha. Kobiecą wersję zdecydowanie docenią miłośnicy eurowizyjnej power ballady Conchity, która opiera się na bardzo zbliżonym wzorcu muzycznym i wrażliwości co Rise Like A Phoenix.
Choć album składa się głównie z coverów, jedną z samodzielnie napisanych piosenek jest przepiękne, niezwykle charakterne Have I Ever Been In Love, które mogłaby śmiało trafić na ścieżkę dźwiękową kasowej produkcji filmowej. Następne na liście jest bardzo delikatne i pełne kobiecego wdzięku The Sound of Music. Mocny musicalowy akcent, który zostaje zapamiętany od razu po pierwszym odsłuchu płyty. Fani Disneya będą podekscytowani usłyszeniem Colors of the Wind z Pocahontas, choć tekstowo jest jasne, że piosenka rezonuje z Conchitą nie tylko muzycznie, ale sięga o wiele głębiej, co sprawia że jej przekaz jest jeszcze bardziej autentyczny. Wykonanie poprawne, jednak chyba żaden nawet najczystszy wokal nie będzie w stanie przebić mojej sympatii do naszej rodzimej perfekcji w wykonaniu Edyty Górniak.

Conchita czerpała inspirację z dwóch wielkich div przy Moonraker (oryginał Shirley Bassey) i All by Myself (śpiewane przez Celine Dion, pierwotnego autora Erica Carmena). I oczywiście nie mogło zabraknąć wcześniej wspomnianego, majestatycznego Rise Like a Phoenix. Hymn twórczości eurowizyjnej gwiazdy sam prosi się o bogatą aranżację. Efekt współpracy z orkiestrą nie zawiódł. Na tle filmowych klasyków i osobistych utworów, ciekawie prezentują się także dwa przeboje przywrócone prosto z lat 90, o których umieszczenie na symfonicznym wydawnictwie raczej mało kto się spodziewał. Mowa o Uninvited Alanis Morissette i Get Here Olety Adams. Z dwójki zdecydowanie na korzyść zyskuje pierwsza propozycja ze względu na zadziorny, nieprzewidywalny efekt z mocno postawionym, rockowym obcasem w postaci potężnej gitarowej solówki.
Względem repertuaru jest ciekawie, są zaskoczenia zarówno pozytywne, jak i negatywne, chociażby dlatego, iż pominięto wcześniej wykonywany przez Conchitę cover Rock Me Amadeus od Falco, który ma niesamowity orkiestrowy potencjał. Jeśli imienny debiutancki album powstał na podstawie europejskich dźwięków, to jego następca zaprowadził Conchitę z powrotem do domu w Wiedniu. Klasyczni muzycy chcą dotrzeć do szerszej, młodszej publiczności, a wokal, sceniczne alter ego Thomasa z pewnością może to ułatwić. Ten muzyczny związek jest harmonijny. To sztuka łączenia odległych dwóch światów – coś, o co Conchita walczy od samego początku. Niezależnie od tego, czy chodzi o łączenie płci, równouprawnienie, czy kwestie polityczne lub kulturowe, ona rozumie ich sens i umiejętnie łączy dwie pozornie rozbieżne partie w jedną całość.
