To był mój pierwszy raz na festiwalu Colours of Ostrava i z pewnością nie ostatni. Kompletnie zakochałam się w atmosferze, która tam panuje i to właśnie ona wyjątkowo przykuła moją uwagę. Zobaczcie, jak było!

W kontekście polskich festiwali coraz częściej słyszy się prześmiewcze określenie „polska Coachella”. Nie da się ukryć, że w tym aspekcie usilnie gonimy zachód. Nie wszystkim jednak taka forma odkrywania muzyki odpowiada. Dla tych, którzy są zmęczeni kierunkiem, w którym zmierzają nasze imprezy, proponuję idealną alternatywę – Colours of Ostrava w Czechach!
To będzie trochę inna relacja z festiwalu niż zazwyczaj. Nie znajdziecie tu zbyt wiele na temat genialnych koncertów, jakie widziałam, choć tych oczywiście nie zabrakło. Na Colours of Ostrava muzyka schodzi jednak na trochę dalszy plan. To, co zachwyca tam najbardziej, to atmosfera.
Colours of Ostrava – miejsce
Pierwsza rzecz, która rzuca się w oczy po wejściu do miasteczka festiwalowego to otoczenie. Colours of Ostrava odbywa się na terenie starej, opuszczonej huty. Postindustrialny klimat tego miejsca nadaje imprezie oryginalnego charakteru. Zewsząd otaczają nas ogromne, pordzewiałe konstrukcje, a wokół pochowanych między nimi scen wiją się niczym rollercoaster ogromne rury, które o zmierzchu przypominały trochę wesołe miasteczko.
Wszystko to dodawało niesamowitego uroku koncertom, które odbywały się na mniejszych scenach. Dodatkową, pozamuzyczną atrakcją była możliwość wejścia na Bolt Tower – wysoką na prawie 80 metrów wieże, z której rozpościerał się niesamowity widok na miasteczko festiwalowe oraz całą Ostrawę. Ten obraz robił piorunujące wrażenie!

Colours of Ostrava – atmosfera
Szybko okazało się, że nie tylko urok tego miejsca tworzył wyjątkowy klimat Colours of Ostrava. Atmosferę na festiwalu budowali również ludzie, którzy mają tam zupełnie inne podejście do koncertowania. Państwo, którzy postawili sobie ławeczkę z ogródka piwnego tuż pod barierkami na chwilę przed koncertem na głównej scenie oraz pani, która 5 minut przed koncertem Florence and The Machine leżała w samym centrum tłumu, na ogromnej, dmuchanej pufie i czytała książkę to jedne z wielu tego typu przykładów. Takie zachowania są na tym festiwalu są całkowicie normalne.

Na Colours of Ostrava nikt nie koczuje od rana przed wejściem na teren festiwalu. Nie ma tak dobrze nam znanych biegów im. Headlinerów pod barierki. Nie ma ciśnienia i napinki na to, aby musnąć dłoń swojego idola, a przedtem zdążyć trzy razy omdleć z wycieńczenia, wbitym przez ściśnięty tłum w barierki. Jakie to piękne uczucie, gdy przychodząc pod scenę 15 minut przed koncertem zajmowało się spokojnie miejsce w 2 – 3 rzędzie.
Colours of Ostrava – gastronomia
Na festiwalach ważną kwestią jest również jedzenie. Z trudem można próbować zliczyć punkty gastronomiczne na Colours of Ostrava. Właściwie ciągnęły się one wzdłuż każdej festiwalowej uliczki. Czasem teren festiwalu przypominał wręcz jarmark, gdyż stoisk i straganików było naprawdę całe mnóstwo. Nadawało to temu ogromnemu wydarzeniu swego rodzaju rodzinnej i trochę nawet wiejskiej, ale jakże przyjemnej atmosfery. A brak kolejek i czekania na jedzenie znacznie umilało i ułatwiało bieganie między scenami.
Można ewentualnie narzekać na brak możliwości płacenia kartą na terenie festiwalu, jednak mało komu to tak naprawdę przeszkadzało. Zdecydowanie wygodniej jest schować do kieszeni kilka banknotów i nie czekać za każdym razem piętnastu minut na zaakceptowanie płatności przez terminal. Ceny na festiwalu to kolejne miłe zaskoczenie, bo żeby wydać 25 zł na porządny posiłek, trzeba było się nieźle postarać.
Tego typu wzorów do naśladowania dla polskich festiwali było w Ostrawie znacznie więcej. Darmowa woda to nie luksus, a podstawa, jaka była zapełniona na czeskim festiwalu. Punktów z pitną wodą było kilkanaście na całym terenie imprezy. Bez problemu i stania w kolejce można było napełnić swoją butelkę wodą, co przy festiwalowych upałach powinno być normą w trosce o zdrowie uczestników.
Ekologia na Colours of Ostrava
Wysypisko śmieci, o które co chwilę się potykasz to znajome festiwalowe wspomnienie? Nie w Ostrawie. Doskonale znamy widok morza plastikowych, podeptanych kubeczków po piwie. W związku z tym organizatorzy Colours of Ostrava zapewnili specjalnie dostosowane kubki wielokrotnego użytku, które wygodnie można było nosić ze sobą podczas koncertów. Za każdy pobierana była drobna opłata zwracana w momencie oddania kubka. Tym prostym sposobem problem śmiecenia został całkowicie zażegnany. Tylko czemu u nas wciąż to tak nie działa?

Colours of Ostrava 2019 – line-up
Na pochwałę zasługuje również ułożenie harmonogramu koncertów, które sprawiło, że naprawdę niewielu artystów, których chciałam zobaczyć mi się pokrywało. Występy na dwóch głównych scenach odbywały się naprzemiennie z 15-minutowymi przerwami, co pozwalało spokojnie przejść z jednego koncertu na drugi.
Dodatkowo, duże zróżnicowanie line-upu sprawiło, że na festiwalu bawiły się całe rodziny, często od dzieci aż po emerytów. Ani jednych, ani drugich na Colours of Ostrava nie brakowało. Specjalna strefa dla dzieci z masą świetnych atrakcji zgromadziła w tym roku rekordową liczbę ponad 4 tysięcy najmłodszych fanów festiwalu. Z kolei ci starsi nie raz bawili się pod sceną lepiej, niż otaczająca ich młodzież.

Colours of Ostrava – camping
Z początku przerażało mnie oddalenie pola namiotowego od terenu festiwalu. Jednak organizacja komunikacji miejskiej nie zawiodła i z jednego do drugiego miejsca dało się spokojnie dotrzeć nawet w 10 minut. Sam camping znajdował się w świetnej, spokojnej lokalizacji, co bez trudu pozwalało zregenerować się na kolejne dni festiwalu.

Colours of Ostrava – koncerty
Dopełnieniem wszystkiego była oczywiście muzyka na najwyższym poziomie. Nie zawiedli headlinerzy – legendarny zespół The Cure ze swoim ponad 2-godzinnym setem, zjawiskowa Florence and The Machine, Years & Years, którzy porwali zgromadzoną publiczność do tanecznej zabawy, czy Rosalía ze swoim scenicznym show. Jednak Colours of Ostrava to oprócz największych gwiazd świetne miejsce do odkrywania nowych brzmień. I to właśnie ci mniejsi, często początkujący artyści zrobili na mnie większe wrażenie. Spośród nich wymienić mogę niesamowicie emocjonalny, gitarowy set grupy Amber Run, charyzmatycznych Izraelczyków z Lola Marsh z cudowną wokalistką na czele, czy Ólafura Arnaldsa, który wprowadził mnie w muzyczny trans i zabrał na chwilę do innej czasoprzestrzeni.

Jedyne na co można trochę ponarzekać to entuzjazm Czechów i ich zabawa pod sceną, której w większości przypadków niestety brakowało. Niejeden artysta silił się na to, aby zachęcić publiczność do wspólnego śpiewania i tańczenia, co zazwyczaj rodziło się w ogromnych bólach. Przyzwyczajona do ekspresywnej i zawsze chętnej do zabawy polskiej publiczności miałam momentami niedosyt w tym aspekcie.
Nie jest to jednak rzecz, która przyćmiłaby wszelkie inne aspekty składające się na tak wyjątkową atmosferę tego wydarzenia. Colours of Ostrava z pewnością był najpiękniejszym festiwalem muzycznym, na jakim kiedykolwiek byłam i już wiem, że będę tam wracać. Wam również polecam zaplanować lipcowe wakacje w Ostrawie. Nawet jeśli nie dla muzyki, to dla klimatu. Uwierzcie, że warto!

