Coldplay – Kaleidoscope EP (2017), recenzja Zuzanny Janickiej

2
272

Epki w przypadku brytyjskiego zespołu Coldplay wcale nie są zjawiskiem niespotykanym. Wszak to od jednego takiego mini albumu (Safety z 1998 roku) zaczęła się ich wydawnicza kariera. Potem przyszła pora na The Blue Room (zapowiadało debiutancki album formacji) oraz kilka epek z nagraniami live czy remixami. Najciekawszą w tym zbiorze – oczywiście, oprócz pierwszej – jeszcze do niedawna było Prospekt’s March, epka wydana chwilę po pamiętnej płycie Viva la Vida or Death and All His Friends i zawierająca kilka odrzutów. Podobny pomysł rozwija tegoroczne Kaleidoscope EP.

W teorii brzmiało to bardzo źle. Ciężko mi było uśmiechnąć się na wieść, że (jeszcze przed paroma laty) ulubiona grupa odda w nasze ręce krążek z nagraniami, dla których nie znalazło się miejsce na A Head Full of Dreams, siódmym studyjnym albumie Coldplay z 2015 roku. Problemem jest właśnie ta płyta. Formacja od dawna konsekwentnie zmierzała w stronę radiowego, komercyjnego grania, ale jeszcze nigdy nie robiła tego w tak paskudny sposób, wciskając nam piosenki może i wesołe, ale po prostu słabe. Lubię pop, ale nie w wydaniu zespołu, który jeszcze chwilę temu serwował tak porywające numery jak Politik czy Violet Hill. News o epce z odrzutami z takiego albumu wywołał na mojej twarzy grymas. Wyobraźnia podpowiadała mi, że czekać na nas będą piosenki, po usłyszeniu których przeproszę się z Adventure of a Lifetime czy Hymn For the Weekend. Jaka jest rzeczywistość?

Najbardziej podobają mi się trzy kompozycje, jakie Coldplay nagrali bez udziału osób z zewnątrz (nie wliczając oczywiście takich producentów jak Brian Eno czy Markus Dravs). Złoty medal w tej konkurencji wręczam All I Can Think About Is You. Ta łącząca shoegaze i artystyczny rock piosenka sprawiła, że łezka się w oku zakręciła. Piękna namiastka starego Coldplay o klimacie (nieco psychodelii, trochę dreamy), którym chętnie się delektuję. Niesamowicie jednak zaskakuje A L I E N S poruszające temat kryzysu migracyjnego. I chociaż zastanawiam się, w jakim innym świecie żyją członkowie zespołu, że wcielając się w tzw. uchodźców z taką łatwością i przekonaniem rzucają wersami w stylu

we come in peace, we mean no harm

wszystko potrafię im wybaczyć dzięki tej kosmicznej aranżacji i intrygującej, wibrującej, elektronicznej melodii. Bardziej coldplay’owo (patrząc na ostatnie lata) brzmi dream popowe, przyjemne Hypnotised. Sympatycznym nagraniem jest także Miracles (Someone Special) z gościnnym rapem Big Seana. Utwór jest iście motywującym trackiem, zachęcającym m.in. do tego, by brać przykład z historycznych, zasłużonych postaci. Najsłabiej wypada Something Just Like This, które powstało w wyniku współpracy Brytyjczyków z najnudniejszym producenckim teamem ostatniego sezonu – The Chainsmokers. Wersja zamieszczona na epce zarejestrowana została podczas japońskiego koncertu a smaczku dodają jej chórki tworzone przez publiczność. Jest w tym coś magicznego i sprawiającego, że natychmiast chcę znaleźć się w tym tłumie na występie formacji.

Nie do końca wierzę facetom z Coldplay w te teksty o odrzutach z A Head Full of Dreams. Większość (a dokładnie – solowa trójka) numerów znajdujących się na Kaleidoscope EP brzmi, jakby nagrana została z myślą o znacznie ciekawszym projekcie. I to właśnie one cieszą mnie najbardziej, bo udowadniają mi, iż zespół nie zapomniał jeszcze, czym są ambicje. Może i dziś głęboko ukryte za chęcią łatwego zarobku, ale dające nadzieję, że formacja popełni jeszcze kiedyś album, do którego z chęcią będę wracać. Nie skreślam ich. A wam polecam Kaleidoscope EP , bo mini album niewiele ma wspólnego z A Head Full of Dreams.

2 KOMENTARZE

  1. podpisuje się pod tą recenzją rękami i nogami. Brawo Zuza! i te wymienone przez ciebie piosenki uważam za najlepsze. to niebo, a ziemia, w porównaniu do ostatniej płyty. W sumie to trochę przykro, czemu takie cuda wstawiają na ep, a na płycie to nie raz ledwo średniawe numery?

Możliwość dodawania komentarzy nie jest dostępna.