Łączący elementy rocka i post-grunge’u zespół Cochise, od lat podbija festiwalowe sceny. Kariera muzyków nabrała tempa, gdy w 2005 roku zostali laureatami Rockfest 2005. Od tamtej pory, formacja uświetniła swoim występem takie imprezy, jak Przystanek Woodstock, Impact Festival czy Cieszanów Rock Festival. 2 marca 2018 roku, światło dzienne ujrzał ich piąty album – Swans and Lions.
Szersza publiczność w Polsce kojarzy Pawła Małaszyńskiego głównie z aktorstwa, rzadziej koncentrując się na jego dorobku muzycznym. Mężczyzna czuje się jak ryba w wodzie nie tylko przed kamerą filmową – świetnie odnajduje się również w roli frontmana, wokalisty i twórcy tekstów. Tytuł albumu nie jest przypadkowy, już w wywiadach muzycy podkreślali jego symboliczne znaczenie. Tłumaczyli, że łabędź odnosi się do ludzkich słabości, wewnętrznych sprzeczności i przechodzonych przez nich transformacji. Lew natomiast ma za zadanie zaprezentować ludzką siłę woli, władzę i niezależność. Zespół nie odszedł od klimatu mrocznego post grunge’u – na próżno szukać tu skocznych melodyjek i popowych elementów. Słuchacz może spodziewać się 44 minut solidnego, rockowego grania. Album rozpoczyna się od energicznego 16 i płynnie przechodzi do Crystal, kawałka, który nie bez przyczyny został singlem promującym wydawnictwo. Oprócz charakterystycznej dla całego albumu dynamiki, cechuje go również wpadający w ucho refren i wyraziste gitarowe riffy. Ciężko wyzbyć się skojarzenia z legendarną grupą grunge’ową – Alice in Chains.
Na albumie nie brakuje energicznych kawałków, wzbogaconych świetną grą gitarzysty. Trzeba oddać sprawiedliwość muzykom – zarówno gitarzysta, jak i perkusista odwalili kawał dobrej roboty. Warto zauważyć, że dla grającego na ,,bębnach” Adama Galewskiego był to pierwszy wspólny album nagrany z Cochise. Galewski jest już trzecim perkusistą w historii zespołu, jednak widać, że świetnie odnalazł się w powierzonej mu roli. Oprócz energicznych 16 i Crystal, dla fanów szybkiego grania i gitarowych solówek, muzycy przygotowali jeszcze takie nuty jak świetnie skomponowane Tick Tack Toe czy melodyczne Storn. Nie zabrakło również perełek dla fanów ballad – przepiękne, nastrojowe Pain Of God zachwyca nie tylko tekstem, ale również wokalem. Delikatna muzyka, wzbogacona elementami elektroniki, w połączeniu z gardłową recytacją Małaszyńskiego stanowi hipnotyzujące połączenie. Ogromne znaczenie dla całości wydawnictwa mają odniesienia do świata przyrody, a także nawiązania do kultur indiańskich. Już w Beautiful Destroyer możemy usłyszeć charakterystyczne dla nich przyśpiewki. Muzycy sprytnie przemycili również niektóre indiańskie mądrości. Na kolejny singiel wybrano jedną z tytułowych piosenek – Swans. Odpalając teledysk, nie sposób nie zatrzymać się przy zaczynających go słowach:
,,Ziemia nie należy do człowieka, człowiek należy do Ziemi. Cokolwiek przydarzy się Ziemi – przydarzy się człowiekowi. Człowiek nie utkał pajęczyny życia, jest nitką w tej pajęczynie; niszcząc pajęczynę życia – niszczy samego siebie.”
Są to złote myśli, z których zasłynął wódz indiańskich plemion Suquamish oraz Duwamish, zamieszkujących niegdyś okolice Seattle. Aforyzm inspiruje i skłania do refleksji. Wracając do albumu, zaraz po Swans przychodzi czas na … And Lions, kontynuację tytułu. Twórcy przeplatają agresywne granie z wyrazistą recytacją. Jako metę dla albumu, Cochise wybrało utwór Secret, oznaczony jako Bonus Track. Trwająca zaledwie 2 minuty ballada wycisza słuchacza i w piękny sposób żegna się z odbiorcą.
Paweł Małaszyński po raz kolejny udowodnił, że doskonale sprawdza się w roli wokalisty. Ma świetną, wyrazistą barwę głosu, niepozbawioną odpowiedniej chrypy, która idealnie wpasowuje się w wybrany przez niego rodzaj muzyki. Cochise stworzyło świetny album, dostarczając fanom ciężkich brzmień granie na światowym poziomie. Swans And Lions to album, z którym wręcz trzeba się zapoznać.

