Chromeo, duet muzyczny składający się z Patricka Geamyela oraz Davida Macklovitcha, dokładnie dziesięć lat temu wydali swoje debiutanckie wydawnictwo o tytule She’s in Control. Od tego czasu zyskali uznanie krytyków muzycznych, wydali kilka albumów i stali się rozpoznawalni. Zespół dobrze czuje się w klimatach synthpopowych i elektronicznych. Podczas muzycznej podróży ich styl cały czas się zmieniał. Teraz wydali kolejny album, który został zatytułowany White Women. Czy zaprezentowany materiał obroni się podczas porównania z poprzednimi wydawnictwami grupy?
White Women otwiera singlowe Jealous (I Ain’t With It), które jest fenomenalną kompozycją. Być może nie spodoba się zatwardziałym fanom duetu, ponieważ odbiega stylistycznie od poprzednich utworów zespołu, ale mnie po prostu urzekła. Sam P-Thugg podczas udzielania wywiadu potwierdził, że Chromeo w tej piosence odbiega od wcześniej poznanej stylistyki na rzecz stworzenia muzyki przypominającej chociażby dokonania Katy Perry. Nie mam tego za złe, bo taki pop chciałbym słyszeć. Idealnie wyważony, z gitarowymi wstawkami i z refrenem, który od pierwszych chwil wpada w ucho.
Następny utwór, który pojawił się na tej płycie to Come Alive. Kompozycja, która została wykonana razem z Toro y Moi. Tutaj możemy już usłyszeć muzyczny powrót do korzeni elektro-funkowych, jednakże nie jest to klasyczne Chromeo. W kompozycji gitarowe i basowe brzmienie ustąpiły miejsca dla zgrabnego, wielogłosowego chóru. Całość robi dobre wrażenie, ale poziomem nie dorównuje kompozycji otwierającej album.
W tej recenzji muszę wspomnieć o Lost On The Way Home. Kompozycja jest wykonywana wspólnie z siostrą muzycznej ikony Beyonce. Można powiedzieć, że Solange cały czas żyje w cieniu, który pada na nią przez wielkość pani Carter. Próbuje jednak przebić się do muzycznego mainstreamu, ale nie udaje jej się to. Nie poddaje się jednak i cały czas tworzy nowe utwory. Piosenka, którą wykonuje razem z muzycznym duetem niesamowicie przypadła mi do gustu. Numer wprowadza na album trochę melancholii i zmysłowości i co najważniejsze mnóstwo niezwykłych i porywających dźwięków. Mogę pokusić się nawet o stwierdzenie, że obok Jealous (I Ain’t With It) ta kompozycja jest najlepszym utworem na White Women. Muzycy pokazali w nim swój artystyczny kunszt.
Warto wspomnieć również o numerze zamykającym to wydawnictwo, czyli Fall Back 2U. Utwór niezwykle żywiołowy z dyskotekowym zacięciem. Przypadło mi do gustu użycie saksofonu, który został połączony z syntezatorem i chórkami ukrytymi w tle. Na pierwszy rzut oka, a raczej ucha, takie połączenie nie powinno zaistnieć. Mogłoby to stworzyć coś niemiłego dla naszych uszu. Na całe szczęście tak nie jest, powstało coś przyjemnego i zaskakującego.
Niestety na tym albumie pojawiają się słabe elementy. Trzeba wspomnieć o Ezra’s Interlude. Kompozycja ta została wykonana wspólnie z Ezrem Koeningiem, którego mogliśmy ujrzeć w zespole Vampire Weekend. Piosenka jest silnie nacechowana patosem. Samo w sobie nie jest to złe, ale w porównaniu z innymi utworami, wcześniej wspomniany patos zabija tę kompozycję. Kolejnym utworem nie spełniającym oczekiwań to Old 45’s. Przy pierwszym zetknięciu z tym kawałkiem wszystko z nim wydaje się być porządku, ale bo głębszym poznaniu zanudził mnie. Zamiast dać mi zastrzyk energii sprawił, że chciałbym jak najszybciej zasnąć.
Nie licząc małych potknięć czwarty longplay Kanadyjczyków można uznać za dobry materiał, który idealnie nadaje się zarówno na festiwalowe zabawy, jak i leniwe popołudnie w gronie znajomych. Duet idealnie dawkuje optymizm i radość w połączeniu z energetyzującymi dźwiękami. Zaprezentowane kompozycje idealnie sprawdzą się jako lekarstwo na poprawę humoru. White Women niezwykle przypadło mi do gustu. Mam nadzieję, że inni podejdą tak samo entuzjastycznie do tego albumu jak ja.

