Chris Cornell – Higher Truth (2015), recenzja Beaty Prętnickiej

Solowa kariera Chrisa Cornella dotychczas była niczym równia pochyła. Żaden album po Euphoria Mourning nie dorównywał jakościowo do tego, co artysta zaprezentował na debiutanckim krążku. Wokalista zespołu Soundgarden dna sięgnął, nagrywając Scream z lekką pomocą Ryana Teddera i Timbalanda. Kilka lat temu to właśnie to wydawnictwo krytycy zmieszali z błotem. Czy opinie z 2009 roku pomogły artyście odnaleźć wreszcie odpowiednią ścieżkę artystyczną?

Okazuje się że Scream był tylko skokiem w bok. Owszem, doceniam fakt dokonania próby zrobienia czegoś innego, w innej stylistyce, lecz wszystko to powinno być zrobione z odpowiednim taktem – a tam niestety tego czynnika nie było. Topowy producent, produkujący dla różnych artystów? To nie mogło się udać, ze względu na charakterystyczny głos Cornella

Z tym większą nadzieją oczekiwałam właśnie na nowy krążek artysty, będącym jednocześnie początkiem innego rozdziału w karierze muzyka. Nie przeliczyłam się. Przez mgłę przewija mi się debiutancki album Cornella oraz… James Blunt. Serio, a to ze względu na klimat stworzony na Higher Truth. Wszystko na jest spójne i przemyślane, zwłaszcza pod względem melodii. Plus ta gitara i od czasu do czasu fortepian. Jednak nic nie jest doskonałe aż tak, żeby nie można było zauważyć błędów. Jedną wielką wpadką jest utwór Our Time In The Universe, gdyż wydaje się być pozostałością po Scream. Z drugiej strony jednak brzmi to bardzo radiowo, więc nie zdziwię się, gdy ta kompozycja zostanie następnym singlem.

Trudno w gąszczu pewnego rodzaju monotonii (przecież wszystko już było!) znaleźć najjaśniejszą z „perełek”, gdyż wokalista Soundgarden doskonale sprawdza się w tym repertuarze. Zaskoczeniem było to, że tak naprawdę nie musiałam ich szukać. Niewątpliwie na uwagę zasługuje tytułowa kompozycja. Higher Truth jest wprost majstersztykiem. Zaczyna się niewinnie, od pokazywania tego jak ważne jest w miarę uczciwe życie. Później jest to mocny apel wręcz z żądaniem, by nie podążać w spiralę kłamstw. Drugim utworem, na który wprost trzeba zwrócić uwagę jest Murderer Of Blue Skies – to wprost doskonała dawka porządnego grania. Takiego, jakie chciałabym słyszeć częściej. Plus do tego trzeci kawałek, którego nie można przegapić. Mowa tutaj o Before We Disappear. Być może dlatego, że początkowe dźwięki są inne. Nie ma gitary (pojawia się kilka sekund później), a piosenka jest poprowadzona dość mądrze. Nie ma poczucia nudy, jaka mi towarzyszyła przy odsłuchu 3/4 krążka. Wiem, kilka akapitów wcześniej zachwycałam się gitarą, ale jak mówi słynne przysłowie, co za dużo, to niezdrowo. Każda z tych piosenek jest wyjątkowa, lecz gdy słucha się tego wszystko naraz, traci to na wartości. Ma się wręcz wrażenie, że w koło Macieju słuchasz tego samego, tylko zaserwowane w innej formie.

Kolejnym niedosytem jest fakt, że artysta nie pokazuje prawdziwej gamy swoich możliwości wokalnych, a szkoda. Byłoby ciekawiej. Wybrał dość bezpieczną drogę, ale nadal stoję przy stanowisku, że Euphoria Mourning jest najlepszym albumem w dyskografii artysty. I jeżeli nikt z Was tego albumu w domu nie ma – niech żałuje. Higher Truth jest krążkiem mającym szansę zapisać się w historii muzyki… gdyby nie było Euphorii. Wiecie, zawartość najnowszego dzieła wywołała u mnie dość mieszane odczucia, gdyż mamy starego dobrego Cornella. Nareszcie, lecz z pewnym niedosytem, gdyż to chyba taki jego ciut gorszy brat-bliźniak.

Czytaj również